Strona startowa Domowego Kocioa Strona startowa Ruchu wiato-ycie
  
     
  Strona główna    Aktualności    Rekolekcje    Założyciel    Formacja    List DK    Galeria    Dom na Jagiellońskiej  
  Diakonia    Linki    Wzajemna pomoc    Z życia Ruchu    W Kościele i świecie  
Założyciel
Modlitwa za wstawiennictwem Sługi Bożego
 
Postać założyciela
 
Serwis poświęcony Ks. Franciszkowi Blachnickiemu
 
Założyciel w aktualnościach
 
Założyciel w Listach DK
 
Siostra Jadwiga Skudro
 

List`93: wrzesie - grudzie 2003

Modlitwa

[...] Pierwszą bowiem i najważniejszą sprawą w modlitwie jest wyzbycie się własnej woli, zgodzenie się z tym, że to, co nasze, będzie przekreślone, a nie usiłowanie za wszelką cenę skłonić Boga do tego, żeby stał się uległy wobec naszych zamiarów, zamierzeń i planów. Nie jest to łatwe dla naszej natury. Jej skażenie bowiem polega głównie na tym, że chcemy realizować własne zamiary i plany, które pociągają za sobą decyzje i czyny. Żeby z tego zrezygnować, trzeba po prostu umrzeć dla siebie. To jest oczywiście niełatwe. Dlatego jest wiele w naszym życiu modlitw, które są tylko słowami czy myślami, ale nie łączy się z nimi doświadczenie mocy Boga w naszym życiu. Sytuacja wynikająca z naszej skażonej natury pokazuje, że ostatecznie modlitwa owocna, modlitwa, która objawia swoją moc w naszym życiu, musi być związana z krzyżem. Właściwie dopiero w doświadczeniu krzyża, kiedy zdobywamy się na pogodzenie się z wolą Bożą w cierpieniu, stajemy się zdolni do dobrej modlitwy. Kiedy cierpienie przekreśla naszą wolę, nasze pragnienia, nasze plany, kiedy stajemy w obliczu rzeczywistości, której nasza natura nie chce zaakceptować, w obliczu której nasza natura musi umrzeć, dopiero wtedy są dane warunki dobrej modlitwy. Wtedy już nie tylko słowami, ale egzystencjalnie musimy poddać się woli Bożej, rezygnując ze swoich własnych planów. Dlatego Bóg uczy nas dobrej modlitwy ostatecznie przez cierpienie, przez uczestnictwo w krzyżu swojego Syna, w umieraniu. Ostatecznie tylko umieranie jest dla nas szansą dobrej modlitwy, bo wtedy umieramy dla siebie i zaczynamy żyć dla Boga.
Zwróćmy jeszcze uwagę na znaczenie modlitwy i na jej przemieniającą moc w odniesieniu do środowiska, w którym żyjemy i problemów, które powstają we współżyciu z innymi ludźmi. Codziennie powstają różne konflikty, zwłaszcza, jeżeli środowisko, w którym żyjemy jest jakieś przypadkowe, niejednolite i różni ludzie funkcjonują w nim na różnych zasadach. Są z nami, żyją, pracują z nami i różne napięcia czy konflikty wydają się nieuniknione. Pojawia się więc pytanie: „W jaki sposób przez modlitwę mamy rozwiązywać te konflikty?” Zwykle sięgamy do modlitwy w intencji tych ludzi, z którymi żyjemy. Polecamy Bogu różne problemy, które powstają. Ale i tutaj doświadczamy często jakiejś nieskuteczności, braku owocności naszej modlitwy. Konflikty powstają prawie zawsze na tym tle, że wobec innych ludzi mamy swoje zdanie i jesteśmy przekonani, że jest to zdanie słuszne: „Ja mam rację”. Pierwszą reakcją w kontakcie z drugim człowiekiem, w zetknięciu się z jego postawą, postępowaniem czy z jego oceną, jest z naszej strony osąd, który zawsze mówi: „On nie ma racji, ja mam rację”. Oczywiście ta postawa jest obustronna, dlatego nieunikniona jest kłótnia czy w inny sposób wyrażający się konflikt. Jeżeli w takich sytuacjach próbujemy najpierw przyjąć właściwą postawę modlitwy, to otwiera się nam droga do rozładowywania konfliktów i objawia się moc modlitwy.
Dobra modlitwa w intencji drugiego człowieka polega najpierw na zrezygnowaniu ze swego sądu i na przyjęciu w jego miejsce osądu Boga. Modląc się w sprawach naszych bliźnich, podobnie jak w swoich sprawach osobistych, również rezygnujemy z własnego sądu i z własnych planów wobec tych ludzi. Zwykle bowiem osądzamy bliźniego za to, że nie postępuje tak, jak byśmy sobie tego życzyli, to znaczy, że nie poddaje się naszej woli, naszym planom, naszym koncepcjom czy wizjom w konkretnej sytuacji. Stąd powstaje w nas osąd, potępienie i odrzucenie drugiego człowieka. Gdybyśmy mieli w sobie permanentną postawę modlitwy, to pierwszym odruchem byłoby pytanie: „Czego chce Bóg od tego człowieka? Jak Bóg widzi jego i jego sytuację?”, a nie: „Jak ja tę sytuację oceniam według moich własnych zamiarów i planów?”. To równocześnie byłoby rozładowaniem konfliktu, bo przyjęlibyśmy postawę rezygnacji ze swego sądu i z własnych planów wobec drugiego człowieka, a w miejsce tego przyjęlibyśmy Boży sąd i Boże plany w stosunku do niego i w stosunku do nas. Pytalibyśmy: „Czego Bóg chce dla mnie przez to, że każe mi żyć z tym człowiekiem, że każe mi wejść w taką sytuację, w takie układy?” W nich zawsze zawarta jest wola Boża i dla tego człowieka, i dla nas. Dopiero, kiedy przyjmiemy taką postawę, możemy we właściwy sposób rozwiązać różne powstające konflikty czy napięcia.
Druga sprawa to modlitwa za tego człowieka, czyli przyjęcie jego samego i jego problemów w obliczu Boga. Akt modlitwy jest równocześnie aktem przyjęcia drugiego człowieka, aktem otwarcia się na niego. Jego problemy stają się moimi problemami, jego cierpienia stają się moimi cierpieniami, jego troski stają się moimi troskami. Akt modlitwy w intencji drugiego człowieka w konkretnych jego kłopotach, problemach, jest pierwszym aktem miłości. Miłość bowiem jest przyjęciem drugiego człowieka i przejęciem się nim, jego troskami, problemami. Kiedy staję przed Bogiem z problemami i troskami drugiego człowieka, to równocześnie ta modlitwa mnie przemienia, bo sprawia we mnie postawę miłości, postawę odejścia od siebie i wejścia w sprawy drugiego człowieka. Tutaj objawia się ogromna moc modlitwy, która przemienia najpierw mnie, jako tego, który się modli, ale potem ta moc modlitwy okazuje się również w tym, że przemienia drugiego człowieka. Nigdy nie przemienimy drugiego człowieka przez osąd, przez potępienie, przez wydanie wyroku na niego, przez przeciwstawienie jego postawie, jego woli, jego poglądom – swoich własnych. Taka sytuacja tylko zaostrza konflikty, napięcie i do niczego nie prowadzi. Natomiast postawa modlitwy, która najpierw zmienia mnie wewnętrznie, sprawia, że przemienia się także drugi człowiek. W obliczu takiej postawy drugi człowiek też zaczyna się zmieniać. Zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście tylko on ma rację. Wtedy otwiera się droga do dialogu, do pojednania. [...].

ks. Franciszek Blachnicki
Fragmenty konferencji wygłoszonej 31 I 1987 r. w Carlsbergu, [w:] „Panie, naucz nas
modlić się”, cz. 1, Instytut im. Ks. F. Blachnickiego, Krościenko 1999, s. 41-43.



© 2001-2013 Centralna Diakonia DK