Strona startowa Domowego Kocioa Strona startowa Ruchu wiato-ycie
  
     
  Strona główna    Aktualności    Rekolekcje    Założyciel    Formacja    List DK    Galeria    Dom na Jagiellońskiej  
  Diakonia    Linki    Wzajemna pomoc    Z życia Ruchu    W Kościele i świecie  
Założyciel
Modlitwa za wstawiennictwem Sługi Bożego
 
Postać założyciela
 
Serwis poświęcony Ks. Franciszkowi Blachnickiemu
 
Założyciel w aktualnościach
 
Założyciel w Listach DK
 
Siostra Jadwiga Skudro
 

List`93: wrzesie - grudzie 2003

Modlitwa

Światło-Życie to streszczenie programu życia chrześcijańskiego. Polega on na stałym dążeniu do tego, aby światło prawdy Bożej, światło słowa Bożego wprowadzić w życie, uczynić zasadą działania i postępowania. To jest istotny przedmiot całej pracy wewnętrznej, do której jesteśmy powołani, i przez którą rozwija się w nas nowy człowiek. Chciałbym dzisiaj wskazać na rolę modlitwy w procesie wzrastania w nas nowego człowieka. Modlitwa bowiem jest początkiem podejmowanego przez nas wysiłku, aby światło słowa Bożego uczynić zasadą naszego życia. A może musimy także skorygować nasze pojęcie o modlitwie. Bardzo często polega ona bowiem tylko na recytowaniu pewnych formuł modlitewnych, których nauczyliśmy się w dzieciństwie, do których może przywiązaliśmy się nawet w sposób na wpół zabobonny i uważamy, że codzienne odmówienie formuł pacierza, z jednej strony, jest spełnieniem obowiązku wobec Boga, a z drugiej – zabezpiecza nas od zła i nieszczęść. Wielu chrześcijan nie doszło jeszcze do innego pojęcia modlitwy jak to, które modlitwę sprowadza do odmawiania pacierza. [...]. Nie odkryli oni jeszcze istoty modlitwy, ani nie doszli do takiego zrozumienia modlitwy, na jakie wskazuje nam św. Paweł.
W Liście do Rzymian pisze on, że modlitwa jest sprawą Ducha Świętego, który przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą (Rz 8, 26-27). W tych słowach ukazana jest tajemnica modlitwy chrześcijańskiej. Modlitwa to sprawa między Bogiem a nami i nie może ona być sprawą tylko naszych naturalnych uzdolnień. Ostatecznie można się nauczyć na pamięć pewnych formuł modlitewnych, można się przyzwyczaić do regularnego ich odmawiania, ale to nie jest jeszcze modlitwa w Duchu. Jeżeli nie jesteśmy wewnętrznie zaangażowani, jeżeli nie przeżywamy w modlitwie bezpośredniego spotkania z Bogiem, jeżeli ta modlitwa nie jest wewnętrznym zmaganiem się ze sobą po to, żeby wyjść z ciasnego więzienia swego egoizmu na spotkanie z Bogiem, to jeszcze niewiele rozumiemy z życia modlitwy. To nie jest modlitwa w Duchu.
Inne niezrozumienie czy wypaczenie życia łączy się z pojęciem modlitwy błagalnej. Najczęściej nasza modlitwa jest modlitwą błagalną i przeważnie modlimy się wtedy, gdy jesteśmy w potrzebie, w myśl przysłowia: „Jak trwoga, to do Boga”. Umiemy się bardzo gorąco, intensywnie modlić na przykład w okresie egzaminów albo kiedy ktoś poważnie choruje wśród naszych bliskich, albo gdy nam grozi jakieś nieszczęście lub na przykład stoimy w obliczu procesu sądowego. Wtedy potrafimy się modlić, ale ta modlitwa jest tylko wołaniem do Boga, żeby spełnił to, co my uważamy za dobre dla nas w tej sytuacji, w tym momencie. Kierunek oddziaływania w modlitwie jest więc taki, że chcemy Boga nakłonić do tego, żeby On spełnił nasze życzenia, nasze pragnienia, naszą wolę. Nieraz potrafimy bardzo intensywnie wołać do Boga i błagać Go, żeby koniecznie zrobił tak, jak uważamy, że musi być tak w tej chwili dla naszego dobra. A potem, kiedy mimo naszej modlitwy jest inaczej, kiedy Bóg nas nie wysłuchuje, egzamin, jak się to mówi, oblewamy mimo odprawionej przedtem nowenny, choroba trwa nadal i stan się pogarsza, przegrywamy proces, wtedy chwieje się nasza wiara i nasze zaufanie do Boga. Ludzie często się załamują w swojej wierze wskutek tego doświadczenia nie wysłuchanej modlitwy. Ale właśnie ta modlitwa może okazać się modlitwą najlepiej wysłuchaną przez Boga. Przez te doświadczenia nieudanej modlitwy możemy bowiem dojść do zrozumienia głębszej istoty modlitwy błagalnej. W naszym pojęciu o modlitwie musi się dokonać jakiś przewrót, bo kierunek oddziaływania musi być wręcz odwrotny do tego, który dosyć często przyjmujemy. Istotą modlitwy błagalnej nie jest bowiem chęć zmuszenia Boga do spełnienia naszej woli, ale – wprost przeciwnie – dążenie do tego, aby swoją wolę poddać słowu Bożemu, woli Bożej. W gruncie rzeczy wszelka modlitwa błagalna może mieć tylko jeden przedmiot: „Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi”. Uczono nas w katechizmie, że modlitwa musi posiadać przymiot zgadzania się z wolą Bożą, i że nasze prośby zostaną wysłuchane, jeśli to, o co prosimy będzie zgodne z wolą Bożą. Może to jednak pozostać tylko jako zewnętrzne stwierdzenie, a w rzeczywistości to zgadzanie się z wolą Bożą jest niechętne i pełne rezygnacji: „Niech się dzieje wola Boża, bo nie ma innej rady. Trzeba się w końcu z tym pogodzić”. A przecież chodzi o to, żebyśmy zrozumieli, że Bóg jeden wie, co jest dla nas dobre. Jedynym dobrem dla nas jest słowo Boże, w którym wyrażona jest wola Boża wobec nas. Nie możemy niczego lepszego znaleźć ani wymyślić w swoim życiu jak to, co jest zawarte w woli Bożej, skierowanej do nas w słowie Bożym. Cały wysiłek modlitwy musi więc iść w tym kierunku, żeby wewnętrznie poddać się woli Bożej, przyjąć ją. Nie pod przymusem czy z rezygnacją, ale z głębokim przekonaniem, że ta wola zawsze jest wyrazem miłości Boga, najlepszego Ojca.
Modlitwa ma często charakter zmagania się, walki wewnętrznej. Nieraz długo musimy się zmagać ze sobą, zanim dojdziemy do tego momentu, kiedy wypowiemy swoje „fiat”, „niech mi się stanie”, zanim przyjmiemy postawę Chrystusa, modlącego się w Ogrójcu: „Jeżeli to możliwe, niech odejdzie ode Mnie ten kielich, ale nie jako Ja chcę, ale jako Ty chcesz niechaj się stanie”. Po tej walce wewnętrznej, kiedy zdobywamy się na wypowiedzenie „fiat”, „niech się stanie” wobec woli Ojca, nasze serce ogarnia głęboki pokój. Odchodzimy wtedy z modlitwy wzmocnieni, pocieszeni, uspokojeni wewnętrznie, bo znaleźliśmy prawdziwe dobro, jedyne dobro, które wyrażone jest w woli miłującego nas nade wszystko Ojca. Właśnie o takiej modlitwie mówi św. Paweł w Liście do Rzymian: Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. Duch Święty, który nas pobudza do modlitwy, przyczynia się za nami w tym znaczeniu, że chce nas nakłonić do pełnienia woli Bożej, chce nas usposobić do jej przyjęcia. Przyczynia się za nami, bo prowadzi nas do istotnego, jedynego dobra. Cechą modlitwy inspirowanej przez Ducha Świętego jest zmaganie się o przyjęcie woli Ojca, o poddanie swojej woli, swego życia wymaganiom słowa Bożego. To jest istotny sens modlitwy błagalnej. Taka modlitwa posiada obietnicę Chrystusa: „O cokolwiek prosić będziecie Ojca w imię Moje, da wam” (por. J 15, 16; 16, 23). Posiadamy obietnicę nieomylnego wysłuchania naszej modlitwy, ale jeżeli prosimy w imię Chrystusa. A prosić w imię Chrystusa to znaczy prosić w jedności z Nim, zgodnie z Jego intencją modlitwy. Zaś intencja Jego modlitwy zawsze odnosi się do przyjęcia woli Ojca. Modlić się przez Chrystusa, z Chrystusem, to znaczy tak się modlić, żeby z Nim wypowiadać swoje: „tak”, „niech mi się stanie według Twego słowa”, „nie moja, ale Twoja wola; nie jako ja chcę, ale jako Ty chcesz niechaj się stanie”.
Modlić się to znaczy wejść w postawę Chrystusa wobec Ojca, w postawę pełnego poddania się woli Ojca, przyjęcia woli Ojca jako najwyższego dobra. Taka modlitwa nie jest niewolniczym uniżaniem się przed wszechmocą Boga. Nie dlatego przyjmujemy wolę Bożą, że inaczej być nie może, ale dlatego, że jest to wyraz naszej miłości wobec Boga. Modlitwa, o ile właśnie tak jest pojęta, staje się również aktem miłości. Miłość bowiem polega na tym, żeby odgadywać życzenia umiłowanej osoby, żeby przyjąć jej wolę jako swoją, żeby pragnąć tego, czego ona pragnie. Jeżeli nasza modlitwa wyraża się w dążeniu do przyjęcia woli Ojca, do jej poznania, do jej wypełnienia, to staje się aktem miłości, wyrazem miłości do Boga. Taka modlitwa nas uszlachetnia, w niej wyraża się nasza wielkość. Jesteśmy zdolni tak umiłować Boga, żeby przyjąć Jego wolę jako swoją, żeby swoją wolę przekreślić i poddać woli Ojca. Taka modlitwa jest wyrazem miłości. Nie jest ona jednak łatwa.
Kiedy się modlimy, zawsze stajemy oko w oko z całą rzeczywistością naszego skażenia, egoizmu, samolubstwa. Idąc na modlitwę mamy wolę i pragnienie, żeby wyjść z siebie, zapomnieć o sobie i stanąć przed Bogiem, być do Jego dyspozycji. Kiedy jednak próbujemy się modlić, napotykamy przeszkody, roztargnienia w modlitwie. Czym są te roztargnienia? Ile razy zastanowimy się nad ich źródłem, zawsze stwierdzimy, że byliśmy zajęci sobą, że w jakiś sposób krążyliśmy wokół własnego „ja”, wobec urażonej dumy czy doznanej od kogoś przykrości, albo że wracamy do pewnych przyjemnych wspomnień: ktoś nas pochwalił, coś nam się stało, z zadowoleniem myślimy o sobie. Nasza myśl nieustannie ciąży ku nam samym. Wtedy jednak kończy się kontakt z Bogiem, bo nie możemy myśleć jednocześnie o Bogu i o sobie. Boga możemy wprowadzić do swojej świadomości tylko na tyle, na ile zapominamy o sobie. Kiedy zajmujemy się sobą, natychmiast zrywa się kontakt z Bogiem – dlatego trudno jest się modlić.
Na naszą pociechę trzeba jednak powiedzieć, że kto próbuje się modlić i zwalczać roztargnienia, ten się modli, i bardzo dobrze się modli, chociażby cała modlitwa polegała tylko na ciągle na nowo podejmowanej próbie zwalczania roztargnień. To bowiem oznacza, że ciągle próbujemy odejść od siebie, od swego egoizmu, zapomnieć o sobie i zwrócić się ku Bogu – a to właśnie jest modlitwa. Modlitwa, która od początku do końca jest tylko próbą zwalczania swoich roztargnień czy jakiejś ociężałości, może być najlepszą modlitwą, jeśli w niej wytrwamy. Ciągle bowiem próbujemy dokonać tego zwrotu ku Bogu, co jest równoznaczne z odejściem od swojej pychy, od miłości własnej, od swego egoizmu. To jest modlitwa w Duchu. To jest to błaganie, połączone ze zmaganiem się ze sobą. Jeżeli będziemy wierni praktyce takiej modlitwy, poznamy po jakimś czasie, że ona nas przemienia. W modlitwie nie chodzi o to, że to czy owo uprosiliśmy. Dobra modlitwa zawiera w sobie wysłuchanie, bo nas przemienia, dzięki niej wzrasta w nas nowy człowiek, zbliżamy się do Boga. Czy może być inny, cenniejszy owoc modlitwy, jak właśnie ten, że dojrzewa w nas nowy człowiek, że jest w nas więcej miłości, że bardziej zbliżamy się do Boga? Taka modlitwa zawiera więc w sobie wysłuchanie, daje nam wzbogacenie wewnętrzne – dlatego musimy trwać w niej i nie ustępować w obliczu trudności.
Musimy zbudować sobie Namiot Spotkania, codziennie poświęcić chociażby piętnaście minut na modlitwę. To jest niewiele, ale tak trudno nam znaleźć te piętnaście minut w ciągu dwudziestu czterech godzin, jakie ma każda doba, ciągle bowiem nasze własne sprawy wydają się ważniejsze. Nie potrafimy być do dyspozycji Boga, bezinteresownie poświęcić Mu chwili czasu, w której niby nic nie robimy, jak gdyby marnujemy czas, ale jest to ofiara czasu dla Boga. Jest to uznanie, że Bóg stanowi dla nas taką wartość, że warto dla Niego tracić czas. Jeżeli nie mamy czasu dla drugiego człowieka, jeżeli nie możemy znaleźć chwili, żeby spokojnie porozmawiać na przykład z własną żoną czy mężem o poważnych sprawach, bo ciągle jesteśmy zagonieni, to znaczy, że ta osoba nie jest dla nas wartością, że w gruncie rzeczy nie jest przez nas miłowana, nie jest uznana jako warta tego, żeby mieć dla niej czas, żeby być do jej dyspozycji. Samo więc trwanie przed Chrystusem jest już modlitwą.
Nieraz wydaje nam się, że nie trwamy, że jesteśmy obojętni jak głaz. Nie potrafimy się skupić. Może tylko zwalczamy swoją senność i zmęczenie, ale jednak trwamy przed Bogiem, jesteśmy do Jego dyspozycji – a taka modlitwa nas przemienia. Wierność praktyce Namiotu Spotkania, czyli osobistej rozmowy z Bogiem, jest najlepszym, niezastąpionym środkiem rozwoju naszego życia wewnętrznego, rozwoju nowego człowieka w nas. Dlatego poddajmy się działaniu Ducha, pozwólmy, żeby On poprzez naszą wolę modlił się do Ojca, abyśmy coraz to bardziej żyli i działali zgodnie z wolą Ojca. Musimy uwierzyć, że Bóg współdziała z nami we wszystkim, i że wszystko, cokolwiek w życiu nas spotyka, a jest niezależne od naszej woli, zawsze jest wyrazem miłości Ojca, który przez wszystko potrafi nas doprowadzić do tego, co jedynie się liczy, do zjednoczenia z Nim przez miłość. Umiejmy Bogu zaufać wbrew wszelkim trudnościom i pozorom. Umiejmy wierzyć, że miłość Boga w końcu zwycięży, że wszystko zmierza do tego, żebyśmy bardziej zbliżyli się do Boga i zjednoczyli się z Nim przez miłość. Duch Święty nas do tego prowadzi i On realizuje to w nas przede wszystkim przez modlitwę. Przez modlitwę błagania i zmagania się. Przez modlitwę, która jest metanoią, czyli naszym zwróceniem się ku Bogu, a odwróceniem się od siebie. Przez modlitwę, w której wyraża się nasza miłość, i przez którą miłość się oczyszcza i doskonali.

ks. Franciszek Blachnicki
Konferencja wygłoszona 8 VIII 1973 r. w Krościenku, [w:]
„Panie, naucz nas modlić się”, cz. 1, Instytut im. Ks. F. Blachnickiego,
Krościenko 1999, s. 29-34.



© 2001-2013 Centralna Diakonia DK