Strona startowa Domowego Kocioa Strona startowa Ruchu wiato-ycie
  
     
  Strona główna    Aktualności    Rekolekcje    Założyciel    Formacja    List DK    Galeria    Dom na Jagiellońskiej  
  Diakonia    Linki    Wzajemna pomoc    Z życia Ruchu    W Kościele i świecie  
Założyciel
Modlitwa za wstawiennictwem Sługi Bożego
 
Postać założyciela
 
Serwis poświęcony Ks. Franciszkowi Blachnickiemu
 
Założyciel w aktualnościach
 
Założyciel w Listach DK
 
Siostra Jadwiga Skudro
 

List`85: stycze - kwiecie 2001

Rodzina - „domowym Kościołem”

Chrzest niemowląt a środowisko wiary
Ponieważ dzisiaj tyle mówi się o konflikcie pokoleń, to chcielibyśmy w ramach pojednania pokoleń zrobić taką wspólną konferencję na temat: Rodzina – „domowym Kościołem” albo też „Rodzinny katechumenat”. Na temat katechumenatu miałem już konferencję z grupą młodzieżową. Z grupą rodzin i dorosłych jeszcze nie mówiłem na ten temat. Krótko wprowadzę w zagadnienie. Dla młodzieży może to będzie trochę powtórki, ale w nieco innym aspekcie.
Punktem wyjścia jest fakt, że powszechnie przyjęty jest i trwa już od wielu wieków zwyczaj udzielania chrztu dzieciom, a właściwie niemowlętom, krótko po urodzeniu. Przez wiele wieków istniał taki zwyczaj i nikt się nad tym specjalnie nie zastanawiał. Ale dzisiaj coraz częściej podnosi się problem, czy to ma sens, czy nie powinno być inaczej? Otóż praktyka chrztu niemowląt jest bardzo stara. Właściwie sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa i powstała w sposób bardzo naturalny. Chrześcijanie wchodzący w związek małżeński, kiedy z małżeństwa rodziły się dzieci, dążyli w sposób naturalny do tego, żeby ich dzieci jak najprędzej uczestniczyły w tym, co dla rodziców było sprawą jakąś bardzo ważną, istotną wartością, którą przeżywali, a mianowicie, żeby uczestniczyły one w nowym życiu chrześcijańskim przyniesionym przez Chrystusa i Jego Ducha. Trudno sobie wyobrazić sytuację, że rodzice żyją ze świadomością tego, że należą do Chrystusa, że mają Ducha Świętego, a potem przychodzi na świat dziecko i oni mają świadomość, że to jest poganin. Więc jak długo będzie tym poganinem? Żyliby razem - chrześcijanie z poganinem, czy z wielu poganami, jak jest więcej dzieci. Dzisiaj by się powiedziało: „niech te dzieci dorastają, a dopiero, kiedy dojdą już do wieku dojrzałego, to niech one same zdecydują o tym, czy chcą być chrześcijanami, czy nie?” Tak się argumentuje nieraz przeciw praktyce chrztu niemowląt, że to powinna być sprawa decyzji osobistej, dojrzałej. Ale wyobraźmy sobie teraz całe lata życia w rodzinie, kiedy się czeka aż dziecko dojrzeje. Rodzice mają swoje praktyki religijne, swoje modlitwy, chodzą do kościoła, a dzieci ciągle nie mogą: „wyście są poganie jeszcze, zobaczymy, może kiedyś...” Byłaby to sytuacja całkiem nienaturalna i jest oczywiste, że nie może ona leżeć w planach Bożych. Dlatego przyjęło się pewne odwrócenie porządku, bo normalnie powinno być tak: ewangelizacja, czyli głoszenie prawd wiary, głoszenie Ewangelii, potem przyjęcie Chrystusa przez wiarę głoszonej Ewangelii, a potem chrzest jako pewne przypieczętowanie nawrócenia, przyjęcia Chrystusa i wejścia do wspólnoty wierzących, czyli do Kościoła. Tak zawsze było i jest nadal w odniesieniu do dorosłych, którzy dopiero zapoznają się z chrześcijaństwem, z Ewangelią - najpierw jest ewangelizacja, tzw. katechumenat, czyli przygotowanie do wejścia w społeczność Kościoła, a potem dopiero chrzest. Natomiast w sytuacji rodziny chrześcijańskiej kolejność jest po prostu odwrócona w czasie - najpierw jest chrzest, a potem przychodzi ewangelizacja, czyli dawanie świadectwa o Chrystusie, przekazanie prawd wiary i wiara jako osobowa decyzja, odpowiedź na głoszoną Ewangelię. Dzisiaj w rodzinach chrześcijańskich taka kolejność jest normalna, ale, niestety, często zapomina się o tym, że chrzest i ewangelizacja oraz wiara w sensie osobowej decyzji – dopiero razem tworzą pewną całość. Chrzest bez przepowiadania wiary, bez wiary osobistej - to jest coś niedopełnionego. Według nauki Kościoła, nie wolno właściwie nigdy udzielać chrztu, jeżeli nie ma się gwarancji, że ochrzczone dziecko - jak tylko dojdzie do używania rozumu - spotka się z nauczaniem o Chrystusie, z ewangelizacją i zostanie właśnie w ten sposób wezwane do osobistej wiary, do wejścia w kontakt z Chrystusem przez osobistą decyzję. A więc problem dopełnienia chrztu.

Katechizacja dzieci i młodzieży
Sytuacja, jaka się dzisiaj wytworzyła, jest taka, że bardzo często brakuje właśnie elementów dopełniających, a ponieważ istnieje jeszcze jaka taka świadomość, że dziecko powinno spotkać się z nauką chrześcijańską, że powinno być wprowadzone w jakieś świadome praktyki religijne, to rodzice, którzy dziecko ochrzcili, posyłają je na tzw. naukę religii. Dość powszechna jest świadomość, że jest to obowiązek Kościoła – tego urzędowego, reprezentowanego przez księży, nauczycieli religii, katechetów, katechetki. I teraz już oni, jako specjaliści zabierają się do tego, aby z dziecka zrobić chrześcijanina, żeby je nauczyć, żeby doprowadzić do pewnych praktyk religijnych. Rodzice bardzo często uważają, że już spełnili swój obowiązek, jeżeli dziecko ochrzczone posłali na naukę religii, czy do kościoła. Potem najwyżej pilnują go, żeby chodziło do kościoła, żeby uczyło się tego, co tam jest zadane. Taka sytuacja dzisiaj staje się coraz bardziej powszechna i taka praktyka okazuje się coraz mniej skuteczna, bo Kościół, czy Kościoły wkładają ogromny wysiłek w katechezę, w tzw. naukę religii. W żadnej epoce Kościoła nie było tak doskonale zorganizowanej katechizacji. Istnieje ogromna ilość instytutów katechetycznych, rozmaite ośrodki, całe wydawnictwa. Przy pomocy psychologów, pedagogów, artystów opracowuje się podręczniki do nauki religii i wspaniałe katechizmy. Jak się weźmie do ręki takie podręczniki, to są one zarówno pod względem graficznym, artystycznym, jak i pod względem psychologicznym wspaniale przygotowane.
Zobaczmy sytuację chociażby w Polsce. Nie ma nauki religii w szkołach i Kościół przejął to zadanie. I jest olbrzymia armia katechetek, katechetów; księża mają w ciągu tygodnia przeciętnie po dwadzieścia kilka godzin nauki religii. Jest to właściwie główne zadanie wszystkich księży. Wkłada się ogromny wysiłek, żeby były salki katechetyczne, pomoce itd. I niby działa cała ta ogromna machina... Ale, jak się patrzy na historię Kościoła, to nigdy nie było w tej dziedzinie tak dobrze - tak dobrej organizacji i tylu pomocy. A mimo to, równocześnie, nie było jeszcze żadnej epoki w historii Kościoła, żeby był taki właśnie proces odchodzenia ludzi od Kościoła, żeby był taki procent nie praktykujących, który stale wzrasta! I tu coś jest po prostu nie w porządku. Ta dysproporcja między, z jednej strony, wysiłkiem, a z drugiej strony - rezultatami. Więc pytamy, gdzie jest tego przyczyna? Dlaczego jest właśnie tak, jak jest?
Faktem jest w Polsce, że do 70%, a w niektórych rejonach - do 90% i do 100% dzieci uczęszcza na tzw. naukę religii, czy na katechizację w wieku szkoły podstawowej. Natomiast młodzieży, jak jest dobrze, uczęszcza jeszcze około 25%, a są rejony, gdzie uczęszcza 5%. Byłem kilka lat temu w Łodzi i pytałem księdza z ogromnej parafii, która liczy 60 tysięcy wiernych. Mówię: „Ksiądz pewnie ma tutaj niesłychaną ilość godzin nauki religii?”. A on odpowiada: „Nie, 5 godzin w tygodniu”. – „Jak to, to tylu księży jest w parafii?” – „Nie, jest nas tylko dwóch wikarych”. – „Jak to 5 godzin?” – „Tak, bo z dziesięciu klas szkolnych udaje nam się zrobić jeden komplet, bo tylko 5% młodzieży uczęszcza na naukę religii w szkołach średnich”.
A potem mamy młodzież akademicką. Duszpasterstwa akademickie obejmują może jeszcze 5% studentów w skali ogólnopolskiej. A później, jak ludzie przychodzą do kościoła w związku z przyjęciem sakramentu małżeństwa, po tzw. ślub kościelny, to są to analfabeci w życiu religijnym. Więc jest zjawisko jakiejś nieskuteczności nauki religii. Dane statystyczne na Zachodzie: w Niemczech, we Francji, w Belgii, czy gdzie indziej wykazują, że około 70% dzieci i młodzieży katechizowanej odpada od Kościoła i przestaje praktykować. Około 70%! A nawet były takie badania (czytałem o tym artykuł w Belgii), gdzie okazało się, że dzieci ze szkół państwowych, w których nie ma nauki religii mają bardziej poprawne pojęcie Boga i poprawne pojęcia chrześcijańskie niż dzieci ze szkół, gdzie jest nauka religii. Jest tu coś nie w porządku.

Przyczyny niepowodzeń w wychowaniu religijnym
Dzisiaj jest okres jakiegoś szukania przyczyn. I właściwie, ogólnie biorąc, już wiemy dlaczego tak jest, gdzie leży źródło kryzysu. Doświadczenia i badania wykazały, że pozostają ludźmi wierzącymi, praktykującymi tylko te dzieci i ta młodzież, która wychodzi z rodzin praktykujących, ze środowiska rodzinnego, gdzie praktykowana jest wiara i chrześcijaństwo. Te dzieci nawet bez nauki religii pozostają wierzące i praktykujące. Natomiast jeżeli nie ma fundamentu w życiu rodzinnym, to nawet nauka religii nie pomoże i dzieci odpadają. Teraz te sprawy zostały przebadane trochę głębiej i dokładniej i, niestety, mimo, że to jest wiadome, nie potrafimy jeszcze wyciągnąć z tego konsekwencji.
W jaki sposób dzieci dochodzą do postaw religijnych i moralnych? W jaki sposób stają się w swoich postawach i praktykach dziećmi, które się modlą, które wierzą, które idą za głosem sumienia, zachowują przykazania Boże, żyją w sposób etyczny, kierują się sumieniem? Badania wykazały, że dzieci inaczej dochodzą do tego rodzaju postaw niż ludzie dorośli. Bo z ludźmi dorosłymi na ogół jest tak, że trzeba przekonać ich o prawdzie, że tak a tak być powinno. I człowiek dorosły, jeżeli tak być powinno, podejmuje decyzję woli: będę wobec tego tak postępował. Otóż ten schemat zastosowano do dzieci, do młodzieży i okazało się, że tutaj on się nie sprawdza. Chociaż dziecko nauczy się na nauce katechizmu wszystkich przykazań Bożych i kościelnych, wszystkich prawd wiary, to z tego wcale nie wynika, że będzie ono wierzące i praktykujące, że będzie kierowało się tymi zasadami. Bo dziecko dochodzi do postaw religijno-moralnych przez tzw. partycypację albo uczestnictwo w postawach religijno-moralnych ludzi dorosłych, tzn. uczestniczy po prostu w sposobie postępowania, wartościowania, praktykowania dorosłych z najbliższego otoczenia, zwłaszcza tych, z którymi jest związane więzami sympatii, miłości. I wtedy, jeżeli dziecko ma rodziców, którzy klękają do modlitwy, którzy mówią o Panu Bogu jako o Kimś naprawdę żywym, z Kim trzeba się liczyć w swoim postępowaniu, jeżeli spotyka się z rodzicami, którzy poważnie traktują nakazy etyczne, przykazania, jeżeli w domu jest taka atmosfera, że się nie kłamie, nie obmawia ludzi - dziecko po prostu wzrasta w tym wszystkim, przyjmuje takie postawy, taki sposób myślenia, oceniania sytuacji, działania. I to bez żadnego jakiegoś specjalnego formalnego wysiłku.
Często dzisiaj się mówi, że ratunek na kryzys – to katecheza rodzinna. Pojmują to tak, że to samo, co się robi na nauce religii w kościele, próbuje się robić w domu, czyli przenosi się metodę szkolną jeszcze do rodziny. I to jest też nieporozumienie, bo ta sama sytuacja istnieje nadal. Istota rzeczy leży w tym, żeby było środowisko wiary, co wyraża się w najrozmaitszych sytuacjach, ale jest to całkiem naturalne. To jest pewna atmosfera, pewien styl życia, a przede wszystkim pewien sposób wybierania wartości. Jeżeli w rodzinie się praktykuje, że jest niedziela - wiadomo, jest taka czy inna przyjemność, czy o dziesiątej akurat jakiś ważny mecz w telewizji - ale Pan Bóg na pierwszym miejscu, to gasimy telewizor i idziemy do kościoła. Wtedy widać, że hierarchia wartości jest właściwie ustawiona w rodzinie. Dzieci tym nasiąkają, one w to wchodzą. Nie dyskutują wtedy i nie polemizują z postawą rodziców. Ale jeśli spotykają się z czymś sprzecznym, kiedy dziecko przychodzi do kościoła, gdzie siostra zakonna czy ksiądz też jest dla niego autorytetem, i tu się mówi tak, a potem widzi w rodzinie, że jest inaczej, to przeżywa ono jakiś konflikt. Ale w końcu i tak decydująca będzie – na ogół biorąc, bo są wyjątki - zawsze atmosfera, styl życia rodzinnego.
Czytałem w jakimś francuskim podręczniku katechetycznym o rozmowie proboszcza pewnej francuskiej parafii z miejscowym sekretarzem partii komunistycznej. Sekretarz mówi do księdza: „Ja chętnie oddam księdzu mojego chłopca na naukę religii do piętnastego roku życia. Niech sobie chodzi, bo mu to nie zaszkodzi, ale potem to ja zabiorę się do kształtowania jego światopoglądu i jego postaw”. I tak jest, niestety, że w końcu dziecko pójdzie nie za jakąś teorią, choćby najlepszą, gdziekolwiek spotkaną, ale za postawą dorosłych. I to, co się dokonuje w rodzinie, to jest właściwie niezastąpione. Wszelka próba uzupełnienia tego poza rodziną jest w większości przypadków syzyfową pracą. I rezultaty są właśnie takie, jakie są.
Katechumenat rodzinny
Dlatego dzisiaj, jeżeli mówimy „katechumenat rodzinny”, to nie znaczy, że w rodzinie trzeba wprowadzić wykłady religijne, że trzy razy w tygodniu ojciec czy matka zbiera dzieci i mówi: „teraz będzie nauka religii”. To nie o to chodzi. Rodzina musi stać się środowiskiem życia z wiary, środowiskiem, gdzie wartości religijno-moralne rzeczywiście są respektowane. I tylko wtedy rodzina spełni swoje zadania, gdy młode narastające pokolenia będą wchodziły w styl, w postawy chrześcijańskie. Resztę zrobi Kościół, nawet bez katechezy, bo przeszło tysiąc lat w Kościele nie było nigdy żadnej katechizacji, żadnej nauki religii. Była tylko rodzina i była liturgia. A w liturgii jest głoszenie słowa Bożego, jest spotkanie wspólnoty wierzących. I wystarczy wtedy to, co daje Kościół w liturgii, jeżeli rodzina daje to, co do niej należy. Przez wiele wieków była właściwie taka cicha umowa pomiędzy Kościołem - jeżeli bierzemy Kościół jako instytucję - a rodzicami chrześcijańskimi. A umowa mniej więcej tak wyglądała, że Kościół poprzez swoich przedstawicieli mówił: my udzielimy dzieciom chrztu świętego, ale pod warunkiem, że wy przejmiecie na siebie odpowiedzialność za rozwój wiary tego dziecka, czyli katechumenat rodzinny. Kościół zrezygnował z katechumenatu jako osobnej instytucji, gdzie dorosłych przygotowuje się do chrztu. Oczywiście, nie zrezygnował z tego nigdy w krajach misyjnych, lecz w środowiskach chrześcijańskich. Pozostawił tę sprawę rodzicom i do dzisiaj istnieją takie przepisy (niestety, traktowane bardzo formalistycznie i omijane), że nie wolno udzielić chrztu dziecku, jeżeli rodzice są niewierzący, nie praktykujący. My się pocieszamy, że wprawdzie rodzice są nie praktykujący, niewierzący, ale jeszcze babcia jest w domu, to może babcia uzupełni i po kryjomu będzie uczyć dziecko pacierza i katechizmu. To jest nieporozumienie. Dobrze, że babcie są i robią bardzo dużo dobrego, ale to nie może być w taki sposób, że nauczanie jest robione po kryjomu, może za cichą zgodą. Dziecko i tak w końcu przecież, gdy dorasta, widzi jakie są postawy rodziców. Oczywiście, łaska Boża działa w różny sposób i mogą być wyjątki. Nieraz z rodziny niewierzącej, nie praktykującej może wyrosnąć ktoś bardzo pobożny. Ale to już są działania nadzwyczajne łaski Bożej. Normalnie jest inaczej.
Dlatego przyszłość Kościoła - to właśnie odnowa rodziny. Odnowa rodziny jako środowiska wiary, jako katechumenatu. I w tym kierunku powinna pójść konkretna działalność. Bardzo często przypomina mi się przykład, który opowiadał ksiądz biskup Pluta, biskup gorzowski, kiedy był w Krościenku. Przyszedł do niego kiedyś ksiądz wikary z jakiejś parafii i mówi: „Mam 40 godzin katechezy w tygodniu. Już tego nie wytrzymuję. Nie dam rady, jestem wykończony. Niech ksiądz biskup ze mną coś zrobi”. I ksiądz biskup wtedy tak mu poradził: „niech ksiądz wróci do parafii i zredukuje ilość godzin nauki religii do połowy, do 20 godzin w tygodniu, nie więcej. Jak to ksiądz zrobi - wszystko jedno: czy połączy klasy, czy zamiast dwóch godzin będzie uczyć jedną godzinę w tygodniu. Ksiądz zyskuje wtedy 20 godzin, a licząc przygotowanie, to jeszcze trochę więcej. To wszystko na moją odpowiedzialność, ale pod warunkiem, proszę się zobowiązać, że, po pierwsze, ksiądz będzie codziennie godzinę dłużej spał, zamiast 5 godzin czy 6, to przynajmniej 7; drugi warunek - ksiądz poświęci w tygodniu 5 godzin na własne pogłębienie. Będzie ksiądz czytał Pismo święte, artykuły teologiczne, modlił się. Pozostałe 10 godzin w tygodniu proszę poświęcić na pracę w rodzinach, z rodzinami, z rodzicami”. Taka była konkluzja tego, co ksiądz biskup powiedział. Jestem przekonany, że jeśli ten ksiądz zastosuje taką receptę, to wyniki jego pracy będą o wiele lepsze niż gdyby nadal uparcie ciągnął 40 godzin katechezy w tygodniu. A gdyby zmieniono to w skali ogólnej, to byłaby rewolucja w Kościele. Ale, niestety, nie ma odważnych, bo ciągle wszyscy wierzą w to, że religia i religia. Jeżeli są słabe wyniki, tzn. że za mało uczymy. Wobec tego jeszcze więcej trzeba uczyć i w niektórych miejscach tak zarządzono: zamiast godzinę w tygodniu, to dwie godziny w tygodniu. Ciągle jeszcze mamy ten właśnie intelektualizm, który pokutuje jeszcze z poprzedniego stulecia. I receptą na wszystko jest uczyć, uczyć i uczyć, coraz więcej, a rezultaty są coraz słabsze.

Rodzina – „małym Kościołem”
Z drugiej zaś strony jesteśmy świadkami wielkiego ruchu odnowy rodziny w Kościele katolickim. I to jest rzecz pocieszająca dzisiaj w chrześcijaństwie w ogóle. Powstaje ruch chrześcijańskich wspólnot rodzinnych. Jest taki znany dość mocno we Francji ruch Equipes Notre-Dame, to znaczy Ekipy Matki Bożej. Założył go ksiądz Caffarel, jeszcze żyjący, dzisiaj już staruszek. On właśnie zaczął pracować nad małżeństwami i wypracował tzw. duchowość małżeńską i rodzinną. Dzisiaj istnieją dziesiątki tysięcy takich właśnie kręgów kilku małżeństw, które wspólnie pielęgnują ideał rodziny, małżeństwa zgodny z Ewangelią. Wysiłek idzie w tym kierunku, żeby znów rodzina stała się „małym Kościołem”, czyli małą wspólnotą, która jest częścią Kościoła. Kościół – i to jest jego istotą - jest więc urzeczywistniany w małej wspólnocie rodzinnej.
I tu wracamy do wzorów starochrześcijańskich. Jeśli weźmiemy do ręki Dzieje Apostolskie czy Listy, to słowo „Kościół” ma kilka znaczeń. Najpierw jako „Kościół domowy”. Św. Paweł pisze tam do Kościoła, przyjeżdża do jakiejś rodziny, tam jest gościem i tam ewangelizuje. Rodzina przyjmuje chrzest i to jest „domowy Kościół”. Rodzina wtedy jeszcze była zwykle rodziną wielką, nawet służba do niej należała. I właściwie uważano, że to jest Kościół. (W drugiej kolejności dopiero słowo „Kościół” rozumiano jako Kościół lokalny, kiedy gromadzi się więcej rodzin w jednej miejscowości). Rodzina, w której jest wspólna modlitwa, rodzina, gdzie Pismo święte jest obecne. Nie tylko w ten sposób, że leży ono gdzieś na półce, czy za szkłem w biblioteczce i nigdy do niego się nie zagląda, ale to jest księga życia, którą się wspólnie czyta, czy też rodzice czasem dzieciom przypominają jakieś słowo Boże w danej sytuacji. I to słowo Boże jest słowem życia w rodzinie poprzez wdrażanie w postawy etyczne z uzasadnieniem, że Bóg widzi, że tak nie można, że to się Bogu nie podoba.
Nie tak, jak to jest przyjęte w innych rodzinach - straszenie Panem Bogiem albo diabłem; i świętym Mikołajem, i w ogóle. Wtedy rodzice mają kłopoty wychowawcze: „bądź grzeczny, bo inaczej to...” itd. Potem dziecko ma pojęcie Boga takie, że Bóg to jest taki starszy pan z groźną miną, z rózgą, który jeszcze czasem diabełka posyła, aby pilnował tego, żeby dziecko było grzeczne. A dziecko grzeczne to nieraz jest po prostu sprawa tylko wygody rodziców, żeby nie grać na nerwach rodzicom. Ideał dziecka, to nie takie dziecko, które nigdy nie płacze, nigdy nie krzyczy, nigdy niczego nie popsuje, żadnej zabawki. Dziecko ma w sobie zupełnie inne potrzeby witalne i ciągle czuje, że to jest niesprawiedliwe, gdy jest w tym hamowane. Bywa jeszcze gorzej, gdy dzieci są już dorastające. Pamiętam, teraz akurat to mi się przypomina, bo przyjechał w odwiedziny do mnie mój dawny ministrant z Tychów. Miałem tam taką gromadę kilkudziesięciu ministrantów. I, oczywiście, ciągle koło kościoła było głośno - krzyki, bieganie itd. Jak byli przy ołtarzu, nieraz półtorej godziny, to byli grzeczni, byli dobrze przygotowani, ale jak wypadli później z kościoła, to wiadomo... I ciągle miałem awantury - to z proboszczem, to z siostrą z zakrystii, to z kościelnym, to z organistą. Ciągle słyszałem: „Co ci ministranci wyprawiają?!” A ja zawsze ze stoickim spokojem odpowiadałem „A które przykazanie Boskie zakazuje dzieciom krzyczeć i skakać?” I nikt nie mógł mi przytoczyć żadnego przykazania Boskiego. Mówiłem: „Dzieci mają prawo do tego. To jest ich natura. I, oczywiście, dobrze, że w kościele tego nie robią, ale koło kościoła, już potem. Przecież nie ma takiego przykazania Boskiego”. Ale to jest takie pojęcie grzecznego, pobożnego dziecka. Z kompletnym brakiem zrozumienia i psychologii. I z jakimś słabym wczuciem się w psychikę dziecka. Nigdy nie robiło się awantury z tego powodu, że oni krzyczeli, że nawet czasem coś tam może połamali, popsuli. To nie są grzechy w sensie moralnym. Ale niech by mi się zdarzyło, że ministrant coś ukradł albo, że skłamał, to wtedy było prawdziwe piekło. Wtedy wiadomo, że ten chłopak odczuwał, że stało się coś naprawdę wielkiego. I wtedy musiał się tłumaczyć. I to publicznie wobec wszystkich. Musiał jakąś pokutę przyjąć, musiał to naprawić. I wtedy powoli w świadomości tego chłopca rodziło się poczucie obowiązku etycznego, moralnego. Takie wychowanie przynosi potem wspaniałe owoce. Staraliśmy się wyrobić poczucie obowiązkowości wobec służby Bożej. Tak, przyjść, służyć do Mszy świętej to nie jest zabawa. Żadne uchybienie nie było nigdy przepuszczane tak, żeby po prostu przejść nad tym do porządku. Co tydzień była odprawa służby. Wszystkie uchybienia musiały wyjść na jaw i musiała być pokuta, zadośćuczynienie. Rezultat był taki, że potem w ciągu jednego roku ani razu mi się nie zdarzyło, żeby brakowało kiedykolwiek ministranta do służenia do Mszy świętej. Na palcach jednej ręki można by policzyć przypadki spóźnienia się w gromadzie prawie siedemdziesięciu ministrantów. Ale jeżeli ministrant przyszedł i z płaczem mówił: „Mamusia mnie nie obudziła rano do Mszy świętej”, to się mówiło, że mamusia będzie musiała pokutować za to. Ale wiadomo, że to jest siła wyższa. Gdybym ja zaspał, to bym też nie przyszedł. Nie można robić awantury tam, gdzie nie ma poczucia winy. To samo trzeba by zastosować w każdej rodzinie. Jeżeli jest zdrowa reakcja na różne sytuacje, właściwa hierarchia wartości, to wtedy dziecko wrasta w taką postawę. I to jest takie mocne, że przetrwa. To dziecko może być potem nie wiadomo w jakiej szkole, w jakim środowisku ateistycznym, na studiach - fundament pozostaje właściwie na zawsze. Jest to jedyna właściwa droga do zmiany sytuacji, która właśnie zaistniała.

Dojrzałość chrześcijańska jako ideał ruchu oazowego
Dlatego myśmy również w naszym ruchu oazowym zaczęli pracować z dziećmi, a potem z młodzieżą. Wyniki były właściwie bardzo dobre. Potem jednak okazało się, że istnieje takie zjawisko, że chociaż młodzież jest w oazach i z entuzjazmem, i z zapałem, to później, gdy opuszcza szkołę średnią, gdzieś nam się gubi i znika. I już jej nie można na studiach, czy gdzie indziej uchwycić i dalej prowadzić. I znowu pytamy, jaka jest tego przyczyna? Jeżeli się prowadzi jakąkolwiek działalność religijną, czy inną w formie ruchu z szyldem: „Tylko dla młodzieży”, to wyniki zawsze będą bardzo słabe i mizerne. Dlatego, że młodzież ma świadomość, że póki jestem młody, to to jest dla mnie, dla młodzieży. Ale przecież każdy młody człowiek chce się stać dorosłym i gdzieś w jego podświadomości tkwi, że kiedy ja będę dorosły, to już to wtedy nie będzie dla mnie, bo to było dla dzieci i młodzieży. Wyrasta się z tego po prostu. Dlatego praca oazowa z młodzieżą nie ma sensu, jeżeli równolegle nie ma pracy z rodzicami, z dorosłymi. Bo jeżeli młodzież widzi, że ten sam ideał, ten sam program, to samo życie według Ewangelii, słowa Bożego jest dla dorosłych, to wtedy nie mówi się, że ja z tego wyrastam, bo to było tylko dla młodzieży. To jest i dla dorosłych, i dla młodzieży. Wtedy ja nie wyrastam z tego i nie wracam potem do życia w stylu dorosłych, kiedy już mam przywileje, już nie muszę chodzić do kościoła, mogę w niedzielę spać do południa. Najwyżej jak zawrę małżeństwo, to moje dzieci będę musiał posyłać do kościoła w niedzielę. Wtedy tworzy się błędne koło.
I dlatego właściwie ideał formacyjny jest jeden, czy dla dzieci, czy dla młodzieży, czy dla dorosłych. I myśmy przyjęli go na I Kongregacji Odpowiedzialnych Ruchu w roku 1976. Wtedy analizowaliśmy pewne przejawy kryzysu, czy później braku owoców w wieku dojrzałym i doszliśmy do wniosku, że Ruch musi postawić sobie jako cel, jako ideał osiąganie dojrzałości chrześcijańskiej, ale dla wszystkich grup wieku, dla wszystkich stanów, tzn. trzeba mówić o dojrzałości chrześcijańskiej dziecka, o dojrzałości chrześcijańskiej młodzieńca, o dojrzałości chrześcijańskiej dorosłych i o dojrzałości chrześcijańskiej rodziców. A dojrzałość chrześcijańska to nie jest sprawa rozwoju psychologicznego: jak będę człowiekiem dojrzałym, to wtedy mogę być dojrzałym chrześcijaninem. Nie, bo można być dojrzałym chrześcijaninem jako dziecko, na sposób dziecięcy. To znaczy, że dojrzałość chrześcijańska polega na tym, że ja, obojętnie w jakim wieku, w jakiej sytuacji, zawsze postępuję w moim życiu według słowa Bożego, że po prostu dla mnie zawsze normą działania, kryterium jest słowo Boże przyjmowane z wiarą. Dziecko na swój sposób wierzy i stosuje się do słowa Bożego. Młody człowiek na swój sposób czyta słowo Boże. I dla niego słowo Boże jest autorytetem: bo to jest Chrystus, który do mnie przemawia i ja staram się żyć według słowa Bożego. I dorosły - w taki sam sposób. Więc każdy ma odniesienie do tego samego autorytetu, ale każdy na swój sposób. Zależy to od tego, w jakiej jest się sytuacji, w jakim wieku. Dlatego my pracujemy w oazach osobno z dziećmi, z młodzieżą, z dorosłymi, z rodzinami. Ale jeżeli wszędzie pokazujemy ten sam model dojrzałości chrześcijańskiej, to jak oni spotkają się w rodzinie, to nie ma problemu, aby w rodzinie powstała jedność. Mamy mnóstwo doświadczeń, że młodzi przyjeżdżają z oazy z jakimś innym podejściem. Ale wtedy młodzież zaprasza rodziców do oazy swoim świadectwem, zapałem. Rodzice potem starają się wciągnąć dzieci w młodszym wieku - cała rodzina jedzie na oazę. Więc staramy się, oczywiście, uwzględnić okres rozwoju, psychologię, potrzeby różnych grup, ale u podstaw jest ten sam ideał formacyjny. I dlatego potem ostatecznie owocuje to w rodzinie. Jest to sytuacja idealna, kiedy rodzice jadą z małymi dziećmi, a starsze dzieci, młodzież - na swoje oazy. Albo studenci... Ale w końcu wszystko schodzi się właśnie w tej małej wspólnocie, jaką jest rodzina. Taka rodzina staje się „domowym Kościołem”, staje się wspólnotą wiary, w której jest wtedy jakaś inna atmosfera, cały styl życia. W bardzo prosty, naturalny sposób w tej rodzinie jest i modlitwa, i słowo Boże, i praktykowanie roku liturgicznego, liturgii, i cały styl życia. To jest dopiero to, co decyduje i o trwałości samej rodziny, i o stałym pokoju w życiu rodzinnym. Z tego dopiero wyrastają ludzie rzeczywiście dojrzali jako chrześcijanie.

Ks. Franciszek Blachnicki
Konferencja wygłoszona w roku 1983 w Carlsbergu w ramach Szkoły animatora -
zapis z taśmy magnetofonowej - opr. red.



© 2001-2013 Centralna Diakonia DK