Strona startowa Domowego Kocioa Strona startowa Ruchu wiato-ycie
  
     
  Strona główna    Aktualności    Rekolekcje    Założyciel    Formacja    List DK    Galeria    Dom na Jagiellońskiej  
  Diakonia    Linki    Wzajemna pomoc    Z życia Ruchu    W Kościele i świecie  
List DK
Powrt do listy
Listw DK
 
Artykuy:
List`103: I-III 2007
  • ROK 1981   Ks. Franciszek Blachnicki,

  • Homilia na Boże Narodzenie   Ks. Jan Twardowski

  • Słowo ustępującego Moderatora Krajowego   Ks. Jan Mikulski

  • Droga wspólnoto Domowego Kościoła kraju i poza jego granicami!   Jola i Mirek Słobodowie - nowa Para Krajowa

  • Słowo ustępującej Pary Krajowej   Ania i Jacek Nowakowie

  • Postawa diakonijna   Ks. Jan Mikulski

  • Kilka refleksji cnocie czystości małżeńskiej   Ks. Andrzej Wachowicz

  • Pozdrowienia z Kopiej Górki   Ks. Andrzej Wachowicz

    Konspekty spotkań miesięcznych kręgu po formacji podstawowej   konspekty V - VII

  • Katechumenat szkołą wiary   konspekt V

  • Katechumenat szkołą życia ewangelicznego   konspekt VI

  • Katechumenat szkołą modlitwy i służby Bożej   konspekt VII

  • Ojcostwo Boga, ojcostwo człowieka   O. Piotr Włodyga OSB

  • Podsumowanie pracy rocznej 2005/06   Maria Różycka

  • Podsumowanie roku pracy Domowego Kościoła   Beata i Tomek Strużanowscy

  • Nowy Moderator Krajowy  

  • Relacje z życia Domowego Kościoła  

  • Dwoje w jednym ciele   Ela Kowalewska

  • Diakonia muzyczna   Ania Kilanowska z Romkiem

  • Dotknął mnie Pan   Iwona Modzelewska

  • Jak to w Bystrej Krakowskiej na Rekolekcjach było   Lucyna i Darek Wrożynowie

  • Siostra Jadwiga w Piasecznie   Beata i Jarek Bernatowiczowie

  • Zobowiązania - "poręcze" na drodze życia   Basia i Marek

  • Ks. Jan w Poznaniu   Ania i Darek

  • Po rekolekcjach   Marta i Janusz Padło

  • Rekolekcje ewangelizacyjne   Magda

  • Uzdrowienie pamięci  

  • Rekolekcje ewangelizacyjne w Wieruszowie   Lidia i Robert Krzywoźniak

  • List`103: stycze - marzec 2007

    Ojcostwo Boga, ojcostwo człowieka

    Jestem związany z Ruchem Światło-Życie od siódmej klasy szkoły podstawowej. W Ruchu Światło-Życie wyrosłem i ukształtowałem swoje powołanie czy też drogę życiową, czyli te rzeczy, które gdzieś Ojciec Franciszek "zaklął" w pomyśle, w programie oazy. One gdzieś tam wciąż we mnie są, choć przyznaję, że nie jestem dzisiaj "na linii frontu".
    Pytanie o ojcostwo w moim życiu pojawiło się nie tyle z powodu, że o. Józef Augustyn napisał książkę o ojcostwie, tylko z tego powodu, że mojemu bratu urodziło się dziecko. Obudziły się we mnie wtedy takie uczucia, które nie były jakieś specjalnie mocne, mocniejsze niż inne uczucia, niemniej postawiły we mnie znaki zapytania: "kim jestem?" i "jak to wygląda w moim życiu?". Ponadto, jak wiecie, do zakonników ludzie zwracają się przez słowo "ojciec", co tym bardziej wzmacnia pytanie: co to znaczy być ojcem? I tak jakieś jedenaście lat temu w moim życiu zaczęło się takie mocne pytanie, co to znaczy "ojcostwo?". To pytanie w różny sposób we mnie drążyło, wypływało.
    Kiedyś w swojej wspólnocie wypowiedziałem owoce tych pytań przeróżnych na temat ojcostwa, a w tamtym roku nawet ośmieliłem się poprowadzić całe rekolekcje dla studentów oparte tylko i wyłącznie o pytanie "co to jest ojcostwo i jak to przeżywać?". Teraz chcę się podzielić dalszym ciągiem tych kilkuletnich poszukiwań. To nie znaczy, że jest to jedyny wątek w moim życiu, niemniej uważam, że jest on dość ważny i tak sobie nawet pomyślałem, że dobrze, że mnie zaproszono tu, że tu jest chyba miejsce, żeby to pytanie zabrzmiało z jednej strony w sposób najbardziej ludzki, bo w małżeństwie, a z drugiej strony najbardziej kościelny, bo w małżeństwie, które szuka na swojej drodze zjednoczenia z Kościołem, zjednoczenia ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa i w rezultacie pewnego zjednoczenia z Bogiem. Jeszcze do naszego tutaj spotkania, do tego, że to mówię, dochodzi myśl, że wciąż ja sam osobiście czuję niedosyt "posoborowej ascezy" - tak bym to nazwał. Może brzmi nieco skrótowo. Otóż, co mi chodzi?
    Każdy przełom, czy każdy nowy krok, nowy etap życia Kościoła, a bez wątpienia Sobór Watykański II był takim przełomowym etapem i my, można powiedzieć, wciąż "żyjemy w cieniu" tego przełomu. Każdy taki przełom w Kościele zwykle owocował wcześniej czy później dość konkretnymi pytaniami w postaci "jak to przeżyć?". Na przykład jak przeżyć uwydatnioną przez Sobór prawdę o tym, że wszyscy są powołani do świętości w takim samym stopniu? Jak to przeżyć? Oczywiście możemy powiedzieć, że wszyscy są powołani do świętości w tym samy stopniu, to znaczy, że bez względu na to, czy ktoś wstąpi do zakonu, czy wstąpi w związek małżeński, czy zostanie w życiu samotnym ma jednakową szansę żeby dosięgnąć do nieba. Ale przecież to byłoby zbyt spłycone pytanie o przeżycie powszechnego powołania do świętości, gdybyśmy tylko w takiej sytuacji siebie ustawili, że realizujemy Sobór, czy realizujemy Boga przez to, że tak na siebie patrzymy, iż wszyscy mają jednakową metę, jednakową szansę. Ponieważ w samym terminie "powołanie do świętości" zawiera się to, że ja znajdę się w niebie na końcu czasów, ale to także to, że ja już tutaj Boga zobaczę. Przełom soborowy tego też dokonał, że zdefiniowana została prawda o tym, że Boga możesz widzieć już tutaj niezależnie od tego, czy jesteś zamknięty za murem klauzury, czy jesteś kapłanem oddany pracy diecezjalnej, czy rodzicem, małżonkiem, gdy tworzysz swoją rodzinę i wychowujesz dziecko. Wciąż jednak nie ma odpowiedzi na pytanie "jak to zrobić?", "gdzie Bóg się objawia?", skoro tak jest, to "gdzie ten Bóg jest?". W zasadzie ta myśl, pewien niedosyt, czy nawet pretensja: dlaczego tego jeszcze nie ma? A może jest, tylko ja tego nie widzę? To właśnie ośmiela mnie do tego, ażeby tutaj stanąć przy pewnych myślach związanych z ojcostwem. Związanych z tym, co to znaczy być ojcem?
    Metodycznie podchodząc do sprawy to macierzyństwo zostawiam na boku z tego względu, że nie znam się na tym. Po prostu nie jestem kobietą. Wydaje mi się, że to jest temat dla kobiet, to jest temat w którym mężczyzna nie powinien zbyt dużo zabierać głosu chyba, że chce jakiś ładny wiersz na ten temat powiedzieć albo komuś kwiaty dać. Dlatego zatrzymam się przy temacie ojcostwa, co wcale nie wydaje mi się, żeby to był temat tylko dla mężczyzn, tylko dla ojców. Wydaje mi się, że jest to temat też dla matek, dla żon, dla kobiet. Z drugiej strony nie będę wchodził w zagadnienia, co to znaczy być matką z tego powodu, poniważ wydaje mi się, że dajemy się zainfekować pewnym feminizmem, pogodnie brzmiącym feminizmem, który mówi, że między mężczyzną a kobietą jest równoległość, że mężczyzna i kobieta to jest to samo tylko jeden gen ma więcej, czy inaczej. Mam wrażenie, to jest taka intuicja, nie potrafię tego udowodnić, że my jako ludzie wierzący, dobrze byłoby, żebyśmy się przed taką równoległością bronili. Tak j ak Pan Bóg stworzył mężczyznę i kobietę to każdemu dał konkretne zadanie do spełnienia i każdą z tych osób wyposażył w te narzędzia, które pozwalają konkretne, różne zadania wykonać. Tak myślę.
    To jest pewne tło, skąd wychodzę i z czym przyjeżdżam i teraz to, co przywiozłem. Pierwsze moje spostrzeżenie jest takie, że żyjemy w świecie, który zdecydowanie woła o ojca. Żyjemy w takim świecie, który niemalże na każdym kroku woła o ojca. Można nawet powiedzieć, że żyjemy w świecie, w którym wołanie o ojca jest nierozszyfrowane. Tam gdzie rozlega się wołanie o ojca my słyszymy albo wołanie o mężczyznę albo słyszymy wołanie o kochanka. Tymczasem nasz świat da się obejrzeć jako świat, który w bardzo wielu płaszczyznach jest spragniony ojca. Tutaj można by przytaczać bardzo wiele przeróżnych przykładów, które pokazują wielopłaszczyznowość tego wołania o ojca. Być może mylę się w tym stwierdzeniu, że dzisiejszy świat woła o ojca, natomiast chciałbym wam zostawić tę myśl, czy przypadkiem tak nie jest. Mnie przekonuje w wołaniu o ojca fascynacja, jaką wzbudzał swoją, w sumie bardzo prostą i zwyczajną posługą, Jan Paweł II, który przedstawiał siebie, czy którego wszyscyśmy przedstawiali jako ojca. Świat nie jako nie tylko szukał, ale i znalazł w nim ojca i za tym jego ojcostwem szedł. Można powiedzieć, że świat szukał w ojcu świętym właśnie ojca i to powiedzmy sobie o wiele bardziej ojca niż nauczyciela. U nas w Polsce po śmierci Jana Pawła II, ale także przed śmiercią, w różnych kręgach, zwłaszcza w kręgach religijnych, padło pytanie na ile przyjęliśmy naukę Jana Pawła II? Oczywiście najgłośniej mówili wydawcy papieskich pism bo chcieli mieć większą sprzedaż. To było pytanie w pewnym sensie wahnięte, bo ludzie nie szli do papieża po naukę, nie przede wszystkim. Przede wszystkim szli, żeby spotkać ojca. Szli, aby spotkać takiego człowieka, który właściwie w ojcowski sposób spojrzy na drugiego człowieka.
    To jest pierwsze, jakby najbardziej dostrzegalne zjawisko, które woła o ojca. Drugie zjawisko to rodzina. Dzisiejsza rodzina też woła o ojca. W Krakowie mamy tzw. "Szkołę dla rodziców". Jakieś 10-11 lat temu przyjechała do nas do Krakowa Zosia Śpiewak. Myśmy już podejmowali pierwsze próby uruchamiania dialogu w rodzinie przy pomocy takich technicznych amerykańskich książek Mazlish i Faber "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły". Z tych pierwszych naszych, dość takich domorosłych prób, zrodziło się środowisko rodziców, którzy uczą innych rodziców jak ewentualnie rozmawiać ze swoimi dziećmi. Nawet doczekaliśmy się tego, że dzieci napisały książkę "Jak mówić, żeby rodzice słuchali i jak słuchać, żeby rodzice mówili". Do czego zmierzam. Otóż od czasu do czasu sobie siadamy i rozmawiamy. Tyniec nam służył jako takie miejsce, przynajmniej raz w roku, do odbycia spotkań i podsumowania też różnych warsztatów. I doszliśmy do bardzo smutnego wniosku, że na tego typu zajęcia pr zychodzą przede wszystkim matki. Przychodzą przede wszystkim kobiety. To tak wygląda, że matka jest w pracy, w domu i jest jeszcze odpowiedzialna za właściwe relacje jakie panują w rodzinie. Bo w zasadzie ta "Szkoła dla rodziców" dotyczy relacji poszczególnych członków rodziny. Więc nasza szefowa, nie szef tylko szefowa, doszła do wniosku, że trzeba zrobić zajęcia tylko i wyłącznie dla ojców. Ja te zajęcia przeprowadziłem. Mieliśmy szkołę dla rodziców przeznaczoną dla ojców. Trudno było zebrać piętnastu ojców do tego, żeby zajęli się takim zagadnieniem jak budowanie relacji w rodzinie. To moi drodzy jest także jakimś wołaniem o ojca. Jest pytaniem o obecność ojca w domu. Jest pytaniem o ojca, który co? Który siebie rozumie? Który rozumie swoją funkcję w domu? Jest to wołanie o ojca, który nie boi się swojej funkcji, który przejmuje, bierze tę funkcję. To wołanie nie jest tylko do ojców, nie jest tylko do mężczyzn. To wołanie jest skierowane do całej rodziny. Kształtowanie w domu ojca jest zadaniem dla żony, t o jest także zadanie dla dzieci. To jest, brzydko mówiąc taka struktura, taka postać domowa, która jest kreowana przez rodzinę. Można nawet powiedzieć, że w rodzinie da się mówić o zadaniu, o ojcostwie jako zadaniu. Ojcostwo nie tylko jako charyzmat jednego z członków rodziny - ojca, ale także jako zadanie korzystania, budowania tego charyzmatu dla całej rodziny.
    Wreszcie trzeci punkt, trzeci argument: czy miejscem wołania o ojca jest młode pokolenie? Pokolenie, które... nie wiem jak to powiedzieć, pokolenie, które jest zniewieściałe. Pokolenie, które woła o ojca. Pokolenie zarówno synów, jak i córek, które gdzieś w sobie więcej ma tego co mama, niż tego co tata. Tak postrzegam ten moment. Żyjemy w świecie, który woła o ojca. Można nawet powiedzieć, że naszym zadaniem jest głosić ojcostwo. Głosimy ewangelię, tę ewangelię zawsze przymierzamy do jakichś faktów, najczęściej ewangelię przymierzamy do pobożności, czyli uważamy, że jeżeli ktoś zaczyna chodzić do kościoła, odmawiać różaniec, czytać Pismo Święte to znaczy, że przyjmuje ewangelię. Można też na to tak spojrzeć, że przyjmuje ewangelię ten, kto bardziej stanie się ojcem, kto bardziej przyjmuje charyzmat, którym go Bóg obdarzył.
    Teraz sięgnę do Pisma Świętego ponieważ chciałbym postawić pytanie teologiczne i z tego pytania wyciągnąć wnioski praktyczne. Mianowicie, jakim ojcem jest Bóg? Wychodzę z założenia, że to ojcostwo, które przeżywamy, każdy z nas, w takiej, czy innej formie, że to ojcostwo jest zakotwiczone w objawieniu się Boga. Przez nasze przeżywanie ojcostwa, zarówno my, jako ojcowie - ja też siebie zaliczam do tej grupy, chociaż nie mam dzieci - jako ojcowie mamy szansę dotknięcia Boga, odpowiedzenia sobie na pytanie "kim jest Bóg?" , "jaki Bóg jest?", "co Bóg przeżywa?". Także, wtedy kiedy przeżywamy swoje ojcostwo, mamy okazję objawić Boga. Sami stajemy się głosicielami Boga, nie tylko słowem, czy może najmniej słowem, a najbardziej swoją postawą. Punktem wyjściowym, chyba oczywistym, jest dialog w czternastym rozdziale Ewangelii św. Jana kiedy Filip pyta - nie pyta, przymusza Jezusa do tego, żeby pokazał mu Ojca. Ewangelia św. Jana, jak niektórzy wiedzą, jest strasznie zawiła. Wszystko wskazuje na to, że jest to st yl Pana Jezusa, w każdym bądź razie Filip miał dość już tego "kręcenia" i mówi do Jezusa: "pokaż nam Ojca, to nam wystarczy". Wylał Jezusowi na głowę wiadro wody. Pan Jezus mówi, że idzie przygotować miejsce: "odejdę, przygotuję miejsce, powtórnie przyjdę, zabiorę do siebie" itd. itd. A Filip nie wytrzymuje i mówi: "Jezu, pokaż mi Ojca! To mi wystarczy. Przychodzę do Ciebie po to, żebyś mi pokazał Ojca". Moi drodzy, my dzisiaj czytamy ten tekst św. Jana w perspektywie, że wiemy, komu to pytanie zadawał Filip. Wiemy, że Filip zadawał to pytanie Jezusowi Chrystusowi, Synowi Bożemu, Objawieniu Ojca. I mniej więcej tak pewnie też opisywał tę scenę św. Jan Ewangelista, kiedy jako starzec trzęsącą się ręką dopisywał to, czego w księgach kościelnych mu brakowało. Ale najprawdopodobniej św. Jan opisywał zdarzenie, które miał przed oczyma, zdarzenie realne, zdarzenie spotkania między Filipem a Jezusem. Między Jezusem a człowiekiem, który do końca jeszcze nie wiedział z kim ma do czynienia. Najprawdopodobniej Filip mów i "pokaż mi Ojca" nie tyle Bogu, nie tyle nawet Mesjaszowi w tym rozumieniu jak my to dzisiaj wiemy, ale Filip mówi do nauczyciela, do człowieka. "Pokaż mi Ojca!". Moi drodzy, Filip wypowiada niezwykle wiele przez to pytań. Filip pokazuje po co ludzie przychodzili do Jezusa. Ludzie przychodzili do Jezusa po to, by On im pokazał Ojca. Ludzie przychodzili do Jezusa po to, żeby coś w sobie "nadrobić". Filip nie mówi: "pokaż mi Boga!" tylko mówi "pokaż mi Ojca!" - "pokaż mi, daj mi w końcu to, czego ja bardzo potrzebuję, po co ja do Ciebie przyszedłem". Ale też jednocześnie Filip w tej pierwotnej sytuacji, jeszcze nie zinterpretowanej teologicznie czy biblijnie, Filip jednocześnie mówi o pewnej naturalnej postawie człowieka w podejściu do drugiego człowieka. Kiedy podchodzimy do drugiego człowieka de facto stawiamy mu pytanie, najczęściej nie wprost, "pokaż mi Ojca!". Tak sobie myślę, że gdy tak tu stoję i wy mnie słuchacie to też macie to pytanie "pokaż mi Ojca". Nawet gdybym mówił o czymś zupełnie innym. To jes t naturalne pytanie, które stawiamy drugiemu człowiekowi. Ten drugi człowiek albo spełni nasze oczekiwanie, wtedy jesteśmy zadowoleni, uważamy takie spotkanie za dobre, albo nie spełni tego oczekiwania - nie pokaże nam Ojca, pokaże nam wujka, najgorzej jak nam ciocię pokaże. "Pokaż nam Ojca!". Jak Jezus odpowiada na to pytanie? Jezus udziela kapitalnej odpowiedzi. Na pewno można powiedzieć, że Jezus czekał na to, kiedy w końcu któryś z uczniów nie wytrzyma i krzyknie do niego: "pokaż mi Ojca!". Jezus mówi: "Kto mnie widzi, widzi Ojca". Znów moi drodzy, to jest odpowiedź, która padła niejako między dwoma zwykłymi ludźmi. Jezus mówi do Filipa: "widzisz zwykłego człowieka, około czterdziestki, o którym faryzeusze mówili "pięćdziesięciu lat nie masz a Abrahama widziałeś?", o którym mówią pijak i żarłok, przyjaciel celników i grzeszników, który jest problemem dla ówczesnego świata, a przynajmniej w Palestynie, który w ludziach budzi bardzo mieszane uczucia - bo jest za zwykły, za normalny. Nawet można by powiedzie ć, że problemem w poznaniu Jezusa było nie to, że on był Bogiem, tylko to, że był człowiekiem. Apostołowie, jego uczniowie, ale także faryzeusze mieli z tym problem, z Jego człowieczeństwem. Gdyby Pan Jezus zszedł z krzyża albo jako Mesjasz rozpoczął jakąś nadzwyczajną "boską" wojnę, gdyby Pan Jezus skoczył z narożnika świątyni i się nie zabił i zamienił wszystkie kamienie w chleb, to by ludzie nie mieli z nim problemów. Objawiłby to bóstwo, na które czekali. Problemem jest to, że Jezus jest człowiekiem. I to za bardzo człowiekiem. Nawet cały proces Jezusa można właśnie odczytać pod tym kątem, czy On przypadkiem nie zrezygnuje z tego człowieczeństwa i nie zacznie być Bogiem. Jakby zaczął być Bogiem byłoby wszystko w porządku. Właśnie takiemu, za bardzo ludzkiemu człowiekowi, Filip mówi "pokaż nam Ojca" i ten bardzo ludzki człowiek odpowiada: "Filipie, popatrz na mnie. Kto mnie widzi, widzi i Ojca".
    Moi drodzy, ja chciałbym w to właśnie wejść. Bóg objawia siebie przez Chrystusa, przez swojego Syna. Przez takiego syna, który jest jakby za bardzo ludzki, za bardzo człowiekiem. Jezus z Nazaretu był tak za bardzo ludzki, że Kościół, niemalże do naszych dni dzisiaj, ma z tym kłopot. Cały czas Jezusa "malujemy" w takich formach nieludzkich. Są nawet dowcipy z tym związane, jak przychodzi ktoś do sklepu z dewocjonaliami i chciałby mieć krzyżyk z Panem Jezusem, ale żeby nie miał takiej ponurej twarzy. Żeby nie był tak ludzki. Człowieczeństwo Chrystusa jest cały czas wyzwaniem dla Kościoła. Bycie człowiekiem jest cały czas wyzwaniem dla Kościoła. Proponuję więc abyśmy zobaczyli jak się objawia Ojciec przez Syna. Mam to zapisane w pięciu punktach. Muszę wam powiedzieć, że te pięć punktów dla mnie to było odkrycie - tak jakby w nocy zabłysło światło. Chcę się tymi odkryciami podzielić.
    Pierwsze: co wiemy o Ojcu przez Syna? Pierwsza sprawa zaskakująca już na samym początku. Ojciec rodzi Syna. "Na początku było Słowo. Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo". Jezus to potwierdza: "Zanim Abraham stał się, Ja jestem". Ojciec rodzi Syna jako pierwszy. Zwróćcie uwagę, jaki tu jest duży kontrast z naszym dzisiejszym wyobrażeniem ojcostwa, gdzie syna rodzi - kto? - matka! Żyjemy w świecie matriarchalnym gdzie syna rodzi matka. Tymczasem wystarczy się chwilę zastanowić nad swoim własnym wnętrzem. Moi drodzy, każdy z nas z mężczyzn nosi w sobie syna. Każdy go rodzi zanim on przyjdzie na świat. Czasem jest to syn własny, że tak powiem, a czasem jest to więź, jeżeli nie ma syna. Ojciec pierwszy rodzi syna.
    Ale co zaraz potem robi ojciec? Drugi krok: "Ojciec ocala Matkę". Tajemnica niepokalanego poczęcia Maryi. Tajemnica, która nam, ludziom związanym z Ruchem Światło-Życie jest niezwykle bliska. Jest to jakiś Boży znak, czy Boży dar, który da się zrozumieć dopiero w świetle tego pierwszego punktu, że "Ojciec rodzi Syna". To drugie - "Ojciec ocala Matkę" - powoduje, że Matka jest niepokalanie poczęta. Otacza Ją sobą, kładzie na niej rękę. Otaczają ją dlatego, żeby Ona pomogła Mu urodzić Jego Syna. Niepokalane poczęcie Maryi, tajemnica ta mówi w najgłębszych korzeniach, że Bóg ocala Matkę dla swojego Syna. Moi drodzy, zwróćcie uwagę, Maryja wcale się nie obraża, Maryja, że tak powiem "w to idzie". Jej dziewictwo polega właśnie na tym, że Maryja cała weszła w to pragnienie Boga. W pragnienie wydania na świat Jego Syna. I znowu sprzeczność z dzisiejszym światem. Z tym światem, któremu głosimy ewangelię i głosimy taką prawdę o Bogu. Sprzeczność, bo dzisiaj ojciec ma zdobyć matkę, ojciec dzisiaj ma być kochankie m dla swojej żony. Popatrzcie jak wygląda dzisiaj cała mentalność rozwodowa w dzisiejszym świecie, która jest promowana - nie wiem, czy z zamiarem świadomym, czy nieświadomym. Wszystkie filmy, telenowele - tam nie ma ojca, który ocala matkę. Tam jest pasmo namiętności, tak można to nazwać, uleganie swojemu "widzimisię": podoba mi się, nie podoba mi się. Wielka sprzeczność z dzisiejszą świadomością. Dzisiaj w tym miejscu, gdzie Bóg ocala Matkę, my mamy kochanka, który zdobywa kochankę. A tymczasem on ma ocalić matkę. To można bardzo pięknie przenieść, tak mi się wydaje, na postawę ojcowską. Ojciec to jest ten, który ocala kobietę. I to niezależnie, czy to będzie kapłan, zakonnik, mąż, czy człowiek samotny. On może w ten sposób realizować ojcostwo, które wyczytujemy w objawieniu się Syna.
    Następnie, "co robi Ojciec w życiu Jezusa?" Trzeci punkt. Ojciec objawia swojego Syna. "To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie". Dwukrotnie w ten sposób objawia Bóg swojego Syna: raz nad Jordanem, drugi raz na Górze Tabor, na Górze Przemienienia. Raz wobec tłumu, można powiedzieć anonimowego, a drugi raz wobec elity apostołów Jakuba, Jan i Piotra. Bóg objawia swojego Syna. Ojciec objawia swojego Syna. Tutaj możemy sięgnąć, każdy z nas, do wspomnienia, kiedy twój ojciec objawił ciebie światu. Kiedy twój ojciec powiedział "to jest mój syn, jestem z niego dumny". Może być tak, że matka to zrobiła, albo ktoś inny. To jest zadanie ojca. Bóg tak działa ze swoim Synem. Objawia Syna światu. Mówi "to jest mój Syn umiłowany - kocham Go". Objawia swoje uczucie wobec swojego Syna. A w przypadku Góry Przemienienia mówi jeszcze więcej: "Jego słuchajcie - On ma coś do powiedzenia, On jest kimś, Ja tak Go spostrzegam". Tu się otwiera duży teren. Może być ojciec, który objawia syna światu, a może być ojciec, k tóry obija syna rózgą.
    Czwarty punkt, bardzo trudny: "Ojciec posyła Syna na śmierć". Tak się objawia Ojciec. To jest Ogrójec. Syn przychodzi do Ojca i mówi "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich". Ogrójec jest tajemnicą zdumiewającą. Mianowicie, pamiętacie scenę przy Cezarei Filipowej, jak Jezus pytał apostołów, za kogo ludzie Go uważają. Taką ankietę im robił. Oni mówili, że jedni tak, drudzy tak, trzeci inaczej, wtedy Piotr mówi "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego". Jezus chwali Piotra, po czym mówi, że na Mesjasza przyjdzie męka. Po czym Piotr mówi "nigdy to na Ciebie nie przyjdzie", po czym Jezus mówi: "zejdź mi z oczu szatanie!". Jezus trzykrotnie zapowiada swoją mękę, w różny sposób, także w sposób biblijny: "potrzeba, aby wywyższono Syna Człowieczego, tak jak został wywyższony wąż na pustyni". A tymczasem w Ogrójcu Jezus, Syn Boży, Syn mówi do Ojca "oddal ode mnie ten kielich". Zwróćcie uwagę na pewien dramat w sercu Jezusa, w sercu Syna. Syn się waha. Syn mówi "Ojcze, może nie muszę?" Tam jeszcze dochodzi słowo "Abba" w Ogr ójcu. Słowo, które tak zapadło w świadomość Kościoła, że do dzisiaj nikt tego słowa nie ośmielił się przetłumaczyć na żaden język. Używamy "Abba" dla tego aramejskiego terminu. W Ogrójcu Ojciec posyła Syna na śmierć. Moi drodzy, nie skazuje Syna na śmierć. To jest ważne rozróżnienie. Ojciec wcale nie skazał Syna na śmierć. Ojciec dał Synowi zadanie, które to zadanie wiązało się z posłaniem Syna na śmierć. "Synu, masz umrzeć". Prawda, że to jest zdumiewające? Ale przyłóżmy to do takiego naszego codziennego przeżywania. Oczywiście, że serce matek będzie się teraz wzdrygać. Nie po to go rodziłam, żebyś mi go teraz na śmierć posyłał, prawda? Podzielę się tu swoim doświadczeniem jako formator zakonny. Przyjeżdżają do chłopaków rodzice i się pytają "czy masz ciepło?". To jest pytanie matki. "A może ci coś kupić?". To jest pytanie matki. To nie jest złe pytanie, to jest pytanie matki. Pytanie ojca jest: "czy już się przygotowałeś na to, żeby złożyć swoje życie w ofierze?". "Czy już się przygotowałeś na to, że masz o ddać swoje życie?" Ojciec posyła swojego syna. Syn mówi do Ojca "oddal ode mnie ten kielich - ja nie chcę, ale niech twoja wola się spełni".
    I wreszcie piąty punkt. Jeszcze straszniejszy niż ten czwarty, mianowicie "Ojciec opuszcza Syna". "Boże mój, czemuś mnie opuścił?!" To jest wołanie Syna na krzyżu. Zwróćcie uwagę, że gdyby Ojciec nie opuścił Syna w tym momencie, kiedy Syn umierał na krzyżu, to Syn byłby mniej ludzki, a bardziej Boski. Bo na przykład Ojciec by wtedy wtargnął i "załatwił" tych żołnierzy, arcykapłanów itd. A tymczasem Ojciec opuszcza Syna, zostawia Go samego. Co się dzieje dalej? To jest już punk dodatkowy. Mianowicie Syn zmartwychwstaje. Syn zaczyna być dawcą życia. Syn przestaje być jakby dzieckiem, zaczyna być Ojcem. Syn zmartwychwstaje. W starożytnym Kościele był taki zwyczaj, który już dzisiaj nam znikł, że "Ojcze nasz" odmawiano do Jezusa. Kościół odmawiał "Ojcze nasz" do Jezusa. "Ojcze nasz, któryś jest w niebie" to jest "Jezu, Ty, który zmartwychwstałeś". To był Ojciec Kościoła, ten, który stał się naszym Ojcem.
    Moi drodzy, tak można to przeczytać. Pewnie można też inaczej to przeczytać. Teologia ma taką cnotę, że da się w różny sposób czytać te same fakty. Ja proponuję takie przeczytanie Ojca, który się objawia przez swojego Syna. Wydaje mi się, że te pięć punktów jest dość "operatywnych", że nie tylko są jakimś odkryciem teologii, odkryciem Boga, ale także wskazówką dla przeżywania własnego ojcostwa. I to może nawet nie tyle w kwestii od razu pytania "jakim ty jesteś ojcem dla twojego dziecka?". To byłoby pytanie chyba dopiero drugie. Natomiast pierwsze pytanie, które należałoby sobie postawić to jest "jakiego ty miałeś ojca?". "Czy twój ojciec cię zrodził?". Może tak być, że ojciec do końca nie akceptuje swojego syna. Nie zrodził swojego syna. Syn jest jak gdyby przez przypadek. On tego syna nigdy nie zapragnął. Czy, druga rzecz, "czy twój ojciec ocalił matkę?". To jest pytanie o całą relację w rodzinie. "Czy twój ojciec cię objawił?", "czy twój ojciec posłał cię na śmierć?", i wreszcie "czy twój ojciec cię opuścił". To są pytania, wracam do myśli o ascezie soborowej, czy da się "Boga dotknąć?". I to nie tylko na modlitwie, chociaż to też jest ważny moment, ale da się "Boga dotknąć" w swoim doświadczeniu życiowym, czy da się Boga zaprosić na te miejsca, które są gdzieś tam ewentualnie "dziurawe", ewentualnie czegoś nie było? Czy da się też na samego siebie spojrzeć pod takim kątem, że to nie ja działam w swoim ojcostwie, że działa przeze mnie Bóg? Że to nie jest tak, że Ojciec Bóg to jest metafora teologiczna, ale to raczej moje ojcostwo jest symbolem Boga, który chce przejść przez świat i obudzić synów, którzy staną się ojcami, którzy dalej będą przekazywać Boże objawienie.

    O. Piotr Włodyga OSB



    © 2001-2013 Centralna Diakonia DK