Strona startowa Domowego Kocioa Strona startowa Ruchu wiato-ycie
  
     
  Strona główna    Aktualności    Rekolekcje    Założyciel    Formacja    List DK    Galeria    Dom na Jagiellońskiej  
  Diakonia    Linki    Wzajemna pomoc    Z życia Ruchu    W Kościele i świecie  
Formacja
Krótko o DK
 
Zasady DK
 
Listy kręgu centralnego DK
 
Charyzmat i Duchowość Ruchu Światło-Życie
 
Historia DK
 
Konspekty spotkań miesięcznych
 
Konferencje
 
Relacje
 
Świadectwa
 
Prezentacje
 


Nasze spotkania z papieżem Janem Pawłem II

Moje spotkanie z papieżem Janem Pawłem II
i Jego nauczanie w moim życiu.



Pierwszy raz byłam w Rzymie w 1989 roku z Oazą Rodzin. Jechałam z wielkim pragnieniem i marzeniem, aby dotknąć Papieża i otrzymać od Boga łaskę cierpliwości (w tym czasie miałam ataki na tle nerwowym). Kiedy byliśmy z grupą na audiencji u Ojca Świętego, przygotowując się do pamiątkowego zdjęcia uklękłam tak, aby wszyscy byli widoczni. Papież stanął w środku i położył rękę na mojej głowie. Po powrocie do domu moje dolegliwości minęły. Mogę powiedzieć, że było to uzdrowienie – stał się cud. Od tej pory Jan Paweł II był dla mnie kimś bardzo bliskim.
Po tym wydarzeniu częściej słuchałam Jego nauk. Niektóre zapamiętałam i staram się je wprowadzać w życie. Pierwsza myśl, którą dobrze pamiętam, mówi o tym, że Bogu bardziej się podoba, kiedy poświęci się czas drugiemu człowiekowi potrzebującemu pomocy rezygnując z udziału we Mszy świętej w tygodniu. Okazanie miłości i cierpliwości drugiemu człowiekowi, a do tego choremu, jest większym wysiłkiem niż uczestnictwo we Mszy świętej. Pan Jezus mówi „Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci, mnieście uczynili”.
Pamiętam także, że Ojciec Święty zaraz po zamachu i operacji w szpitalu, na drugi dzień, pracował w łóżku. Kiedy zapytano: „Dlaczego?”, odpowiedział: „Przed Panem Bogiem będziemy odpowiadali za każdy dobrze wykorzystany dzień, minutę i sekundę naszego życia.” Słyszę te słowa za każdym razem, gdy przychodzi na mnie lenistwo. Oczywiście, na odpoczynek tez potrafię znaleźć czas.
Jan Paweł II swoim życiem i trudem pielgrzymowania ukazał mi, czym jest zawierzenie swojego życia Bogu. Jest to największym szczęściem i dobrem dla człowieka. Osobiście zachęcam wszystkich do czytania książek o Papieżu, które ukazują Jego postać pełną ciepła, miłości, cierpliwości i oddania się służbie Bogu.

Szczęść Boże - Krystyna




Spotkania z Ojcem Świętym Janem Pawłem II



Dziękujemy Panu Bogu, za szczególną łaskę, że mogliśmy przeżywać tak doniosłe chwile w naszym życiu, gdy Papieżem został nasz krakowski ks. kardynał Karol Wojtyła. Jest to tym bardziej dla nas cenne, że mogliśmy kilkakrotnie przebywać w bliskości Ojca Świętego Jana Pawła II i uścisnąć Jego ręce, patrzeć w oczy, które z tak wielką miłością i ojcowską czułością na nas patrzyły. A teraz pozostały nam wspomnienia i uczucie żalu, że tak szybko ten czas przeminął i łza się w oku kręci. Żyjemy jednak nadzieją, że teraz Błogosławiony Jan Paweł II w Domu Ojca wstawia się za nami.
Trudno jest nam opisać, co najbardziej wpłynęło na nas w związku z nauczaniem Ojca Świętego Jana Pawła II. Głęboko przeżywaliśmy słowa, które Ojciec Święty wypowiedział na Placu Zwycięstwa w Warszawie „Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi”, Również zapisały się w naszych sercach słowa: „Musicie być mocni tą mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą wiary!” wypowiedziane na Błoniach Krakowskich podczas pierwszej pielgrzymki. Całe Jego nauczanie miało bardzo duży wpływ na nasze życie. Ukazywał nam przez cały pontyfikat to, co jest w życiu najważniejsze.
Ojciec Święty był dla nas bardzo bliski, mieliśmy z Nim kilka spotkań w Polsce i w Rzymie. Każde spotkanie było dla nas głębokim przeżyciem. Tak, jak podczas audiencji w Auli Pawła VI w czasie, w którym obchodziliśmy 25-tą rocznicę naszego małżeństwa. Bardzo radośnie wspominamy do dzisiaj spotkanie z Ojcem Świętym w 35-tą rocznicę naszego sakramentu małżeństwa w Watykanie, gdzie Ojciec Święty udzielił nam Swojego błogosławieństwa, dopowiadając żartobliwie „macie moje błogosławieństwo, tylko mi się nie rozwódźcie”. A wcześniej jeszcze wspólny obiad w Seminarium w Rzymie z okazji konsekracji biskupiej Ks. Stanisława Dziwisza.
Podobnych spotkań było więcej. Między innymi w Krakowie w Instytucie Jana Pawła II.
Jesteśmy zakochani w naszym umiłowanym Ojcu Świętym. Po Jego śmierci nieustannie modlimy się – wcześniej o Jego wyniesienie na ołtarze, a obecnie składamy dziękczynienie za to, że Bóg Wszechmogący spełnił naszą prośbę. Cały czas zwracaliśmy się do Ojca Świętego o wstawiennictwo do naszego Pana i wierzymy w moc tego wstawiennictwa. Kilka problemów udało się nam rozwiązać dzięki modlitwie za przyczyną Jana Pawła II.
Głębokim przeżyciem duchowym dla nas i łaską od Boga było przyjęcie Komunii Świętej z rąk Ojca Świętego. Szczególną pamiątką, którą otrzymaliśmy od naszego umiłowanego Ojca Świętego są różańce, na których się modlimy. Dzięki temu czujemy Jego bliskość i łączność duchową z Nim.
Chwała Panu!

Maria i Stanisław Klasowie



(…) Miałem osiem lat. Wracałem z mamą od mojej ciotki, która mieszkała wówczas pół godziny spacerkiem od nas. Był późny wieczór, było ciemno. Kiedy szliśmy już przez nasze osiedle, między blokami, nagle ze wszystkich mieszkań zaczęły dobiegać jakieś krzyki. „Aaaaaaaa”, „Taaaaak”, „Huraaaa” – głośne, natarczywe. Słyszalne, mimo zamkniętych okien.
- Mamo, co się stało?
- Nie wiem - wzruszyła ramionami moja mama. – Pewnie jakiś mecz ludzie oglądają i ktoś strzelił gola.
...Ale to nie była pora na mecz. To była pora na ostatni Dziennik Telewizyjny. I był 16 października 1978 r.

„Pokolenie Jana Pawła II” – tak nas nazywają na świecie. Pokolenie ludzi, którzy za Jego pontyfikatu przeżyli całe (czy prawie całe) swoje życie. Kiedy Karol Wojtyła został papieżem miałem osiem lat. Dziś mam własną rodzinę i trójkę dzieci, sam jestem ojcem. I coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że On naprawdę – poza wszystkim innym – uczył mnie mojego ojcostwa.

To niesamowite, jak człowiek, który sam przecież własnych dzieci nie miał, potrafił dać nam świadectwo ojcostwa. Nie czas tu i nie miejsce na szczegółowe analizy Jego pism i homilii. Wystarczy popatrzeć na Jego życie i posługę.

Ojciec to ktoś, kto przekazuje życie
„Nie lękajcie się”. No, tak naprawdę to nie Papież. To oczywiście słowa samego Chrystusa. Ale ja pierwszy raz w życiu – w każdym razie świadomie, skoro pamiętam – usłyszałem je z Jego ust. W czasie mszy inaugurującej pontyfikat. Tak, miałem osiem lat. Niewiele z tego rozumiałem. Nie wiedziałem, o co chodzi. Nie chwytałem, dlaczego wszyscy dorośli są tacy poruszeni (nawet w moim bardzo „niekościelnym” domu). Nic nie rozumiałem. Ale te słowa pamiętam. A jeśli słowa Chrystusa po raz pierwszy usłyszałem od Niego – to chyba znaczy, że jako Pasterz Kościoła przynajmniej wobec mnie wypełnił swoje zadanie?
„Nie lękaj się”. Te słowa, które tyle potem dla mnie znaczyły. Które były tak prawdziwe.
Różnie się moje życie układało. Bardzo różnie. Miałem się czego w życiu lękać. Naprawdę. A jednak, choć wielu rzeczy i sytuacji w życiu zwyczajnie, po ludzku się bałem – nigdy nie było we mnie paraliżującego lęku, zawsze gdzieś głęboko żyła świadomość, że „…jeśli Bóg ze mną – któż przeciwko mnie”?
Pochodzę z rodziny w gruncie rzeczy niewierzącej. Mój tata – skądinąd człowiek wspaniały, prawy i szlachetny – jest ateistą. Moja mama – osobą „niepraktykującą”. W podstawówce o moją edukację religijną zatroszczyła się babcia – posyłała mnie na religię (rodzice nie mieli nic przeciwko temu). Ale to nie pomogło – w piątej klasie przestałem chodzić na religię, przestałem także „chodzić” do kościoła. Znudziło mi się.
Wróciłem pod koniec siódmej klasy – za sprawą Ruchu Światło-Życie, na który natknąłem się „przypadkiem” w mojej parafii. Dziś, dwadzieścia parę lat później, mam głęboką świadomość, że gdyby nie Ruch, gdyby nie ta wspólnota – nie byłbym dziś w Kościele, a najprawdopodobniej nie byłbym w ogóle chrześcijaninem.
Po odejściu Jana Pawła do Domu Ojca uświadomiłem sobie, że gdyby nie On – być może naszego Ruchu by nie było, a przynajmniej nie istniałby na taką skalę i z taką mocą nie działał w całej Polsce. Początki Ruchu były wszak bardzo trudne – szykany ze strony władz, ale także kłopoty „od wewnątrz” Kościoła, niezrozumienie ze strony wielu biskupów i proboszczów… Czy Ojciec Franciszek zdołałby (mówiąc czysto po ludzku) osiągnąć to, co osiągnął, gdyby nie wsparcie, opieka i pomoc ze strony krakowskiego ordynariusza, kardynała Wojtyły? A potem – jednoznaczne wyrazy poparcia i zaufania ze strony Papieża Jana Pawła II? (…)

Ojciec to ktoś, kto jest cały dla swoich dzieci
Taka scena – już nie wiem, czym to widział w TV na żywo, czy po latach transmisję... Śpiewali Papieżowi „Góralu, czy Ci nie żal”. Za pierwszym razem Papież się wzruszył. Łzy mu z oczu popłynęły. Piękne to było.
Ale skoro się wzruszył – to Mu już nie odpuścili. I śpiewali mu to samo za każdym razem. Kiedy Papież był w okolicach gór, kiedy górale przyjechali do Watykanu, kiedy... zawsze. Ile się można wzruszać? Więc za którymś razem – kiedy bodaj po jakiejś audiencji generalnej znowu Mu zaśpiewali „Góralu, czy Ci nie żal...” – Papież, który już odchodził od mikrofonu, zrobił takie charakterystyczne „w tył zwrot” (och, jak Jego ochrona tego nie znosiła! Gubili rytm, biedacy…). Zawrócił zatem do mikrofonu. Ci dalej śpiewają „...czy Ci nie żal?..” – ale zobaczyli, że wraca, ucichli. A On podszedł do tego mikrofonu i z takim charakterystycznym uśmiechem – trochę zirytowanym – powiedział:
- No żal mi, żal... No i co z tego?...i poszedł.
Może to zabrzmieć śmiesznie, ale to były jedne z najważniejszych słów Papieża w moim życiu. Bo nagle zrozumiałem sens tych słów św. Pawła:
„Nikt z nas nie żyje dla siebie...” On nie żył dla siebie. Był cały dla Boga, – ale i cały dla Kościoła. Czyli dla mnie też. Przecież od 16 października 1978 r. On w ogóle nie miał prywatnego życia. Tyle, co na sen i kilka pobytów w szpitalu. Oddał się całkowicie, kompletnie, stuprocentowo. Tak, żal mu było wielu rzeczy – możliwości pochodzenia po górach (bo te kilka razy, kiedy pod czujnym okiem ochroniarzy i fotoreporterów mógł przejść kilka ścieżek, zapewne tylko pogłębiły tęsknotę…). Żal Mu było zajęć ze studentami. Żal ukochanego Krakowa, w którym już do końca życia – co by nie mówić – był gościem. Żal mu było wielu rzeczy – „…i co z tego”. Już nie żył dla siebie. Żył dla nas.
A w ciągu tych trzech dni na początku kwietnia, kiedy umierał niemal na naszych oczach, zrozumiałem ciąg dalszy tych samych słów św. Pawła:
„...i nikt nie umiera dla siebie. (...) Czy w życiu bowiem, czy w śmierci – należymy do Pana”. Do końca. Nawet ta chwila, która dla większości z nas jest (...będzie...) chwilą ekstremalnie intymną (bo przecież „...każdy umiera w samotności...”) – w Jego przypadku była absolutnie publiczna. Nic nie zostawił dla siebie. Ani cierpienia, ani bólu, ani umierania. I chyba wszyscy mamy świadomość, że była to Jego wolna, świadoma decyzja. Arcybiskup Damian Zimoń powiedział, że „dzięki dziennikarzom przeżyliśmy niezwykłe rekolekcje” – ale chyba nie mamy wątpliwości, kto był rekolekcjonistą…

Ojciec to ktoś, kto potrafi zrezygnować z samego siebie, ze swoich planów, ze swoich marzeń – zrezygnować dla swoich dzieci. Zrezygnować pięknie, z miłością – bez wyrzutów, bez wypominania.

Ojciec to ktoś, kto uczy modlitwy
Kiedy papież był ostatni raz w Polsce, w 2002 r., wszystkich uderzyła niesamowita scena, jaka rozegrała się w Kalwarii Zebrzydowskiej. Papież uklęknął przed obrazem Matki Bożej i zaczął się modlić. Wszyscy czekali, że zaraz wstanie, coś powie, czekali na jakieś Jego słowa – przecież po to przyjechał, żeby do nas mówić… Czekali ludzie przed telewizorami, czekali nielubiący ciszy dziennikarze telewizyjni i nieznoszący ciszy dziennikarze radiowi. Czekali tak dobre dwadzieścia minut. I dopiero potem wszyscy zrozumieli, że to także była papieska katecheza. Ktoś z dziennikarzy powiedział potem, że „Papież zanurzył się w modlitwie”. A jeden z moich znajomych – także dziennikarz zresztą – skomentował to:
– To nie tak. Papież nie zanurzył się w modlitwie. On po prostu JEST zanurzony w modlitwie – czasami tylko wynurza się z niej, żeby spotkać się z nami…

Chciałbym być takim świadectwem modlitwy dla moich dzieci. Chciałbym, żeby widziały i wiedziały, że ich tata się modli, że to dla niego ważne, że nie ma rzeczy ważniejszych od Spotkania z Chrystusem.

Ojciec to ktoś, kto pokazuje drogę do Boga
Wielokrotnie spotykałem się z zarzutami – głównie ze strony ludzi niewierzących czy innowierców – że my, katolicy, „ubóstwiamy” naszego Papieża, że traktujemy Go niemal jako czwartą Osobę Trójcy, że kult jednostki i tak dalej… Niezależnie od tego, że sam także uważałem niektóre działania za przesadę – zawsze mogłem odpowiedzieć tak samo: czy On kiedykolwiek kierował naszą uwagę na siebie? Nawet wtedy, kiedy z nami żartował, nawet wtedy, kiedy przekomarzał się ze studentami stojąc w oknie na Franciszkańskiej w Krakowie – zawsze nasze myśli i serca kierował ku Chrystusowi. „Otwórzcie drzwi Chrystusowi” wołał w czasie mszy inaugurującej pontyfikat. Chrystusowi – nie papieżowi.

Czy moje dzieci patrząc na mnie i słuchając tego, co mówię, nie będą miały wątpliwości, za Kim powinny iść i jaką drogą?

Ojciec to ktoś, kto wymaga
Słynne zdanie Papieża: „Wymagajcie od siebie, nawet, gdyby inni od Was nie wymagali”. Jego głos, nagle surowy i do bólu szczery, kiedy w 1991 r. twardo i jednoznacznie interpretował Przykazania, kiedy mówił „Nie wolno!”, kiedy niemal krzyczał, próbując dotrzeć do naszych sumień… Wielu wtedy przestało się Nim zachwycać, wielu nazywało go „konserwatystą”, zarzucało, że „cofa Kościół do średniowiecza” i tak dalej.
A On po prostu mówił to, co musiał. Jasno, bez cienia niedomówień piętnował zło i nieprawość – nigdy przy tym nie raniąc i nie atakując człowieka, nawet największego grzesznika. (…)

Można by tak wymieniać jeszcze długo. Przyglądać się konkretnym momentom życia i posługi tego Papieża. Papież – „ojciec świętych”, który naprawdę uczył nas, na czym polega ojcostwo. A przez to – jak przez wszystko, co robił i mówił – pokazywał nam naszego Prawdziwego Ojca. (…)

Jan Halbersztat
DK diecezja warszawska
Świadectwo ukazało się również w czasopiśmie „Wieczernik”




„Szymonie synu Jana, czy miłujesz mnie więcej aniżeli Ci?” (J 21,15)


Maria Bojarska: Czyż to nie cud i ogromna łaska, że nasze pokolenie mogło wzrastać w świetle życia i posługi Piotrowej Wielkiego Rodaka? Nauczał nas przez prawie 27 lat. Pozostawił także ogromną spuściznę z czasów zanim został papieżem. Już za życia urzeczywistniała się prawda, że jest Prorokiem, wielkim orędownikiem życia, wielkim obrońcą małżeństwa i rodziny. Mówiąc do ogromnych rzesz ludzi, czuliśmy się tak jakby osobiście do nas te słowa kierował. Bogu niech będą dzięki, że poprzez formację w Domowym Kościele możemy zgłębiać jego nauczanie i uczyć się wciąż Jego zawierzenia „Totus Tuus”.
Ryszard Bojarski: Nasze spotkania z Janem Pawłem II… nigdy nie myśleliśmy, że wspólnie jako małżeństwo spotkamy się z Ojcem Świętym twarzą w twarz. Na początku pontyfikatu wielkim przeżyciem były pielgrzymki do Polski. Kiedy tylko było możliwe „jeździłem za Papieżem” od Częstochowy do Warszawy, od Wrocławia do Gdańska… mieliśmy małe dzieci, Marka z zespołem Downa więc Marysia pozostawała w domu.
Maria: Wiedząc, że to „jeżdżenie za papieżem” było dla Rynia tak ważne, moje duchowe pielgrzymowanie mi starczało. Tak samo jego pielgrzymka w 1989 r. do Rzymu, z audiencją dla Polaków – to była wspólna radość. Nawet wtedy nie myślałam, że w 1991 r. udam się na podobną pielgrzymkę. Mieliśmy świadomość, że te dary laski stawiają przed nami jakieś zadania. Osobiście nie przypuszczałam, że słowa Ojca Świętego, aby przeciwstawiać się wszelkiemu złu, które uwłacza ludzkiej godności, dodadzą mi siły, kiedy po samoistnym poronieniu, zostałam przez lekarza ordynarnie potraktowana. Płacząc, usłyszałam słowa papieża, które tak bardzo do mnie dotarły. Przebaczający Chrystus oraz przebaczający Papież, były dla mnie ogromną otuchą i nadzieją oraz podpowiedzią, aby zaangażować się w dzieło obrony życia.
Ryszard: Ojciec Święty Jan Paweł II otwierając na oścież drzwi Chrystusowi, zapraszał do Rzymu także oazowiczów. W 1996 r. uczestniczyliśmy w OAZIE III stopnia w Rzymie. 20 par z całej Polski zgłębiało tajemnicę Kościoła w Wiecznym Mieście. Uświadamialiśmy sobie coraz bardziej w jak wielkim dziele Bożym uczestniczymy. Bogactwa przeżyć dopełniła audiencja dla Polaków 30 czerwca. Nasza wspólnota z ks. Stanisławem Bujnowskim i ks. Jerzym Filkiem była tego dnia jedną z 40 grup. Wpatrywaliśmy się w postać Pielgrzyma, który tak jak Chrystus, szedł od grupy do grupy. Kilka słów, zdjęcie i następna grupa. Emocje i modlitwa mieszały się ze sobą. Kiedy Ojciec Święty był już wśród nas, każdy odczuwał to samo – stał przy człowieku, który promieniował Bogiem.
Maria: Wręczaliśmy Ojcu Świętemu ornat (dar na misje). Prosiłam o błogosławieństwo dla oaz w Polsce. To ojcowskie spojrzenie, ciepło, dało taką radość! Silne emocje pozostały w pamięci, a w świadomości pewność, że czegoś takiego nigdy do tej pory nie przeżyłam.
Ryszard: Ojciec Święty zwracając się do nas powiedział, że znał naszego założyciela. Odpowiedziałem, że będąc w Ruchu, uczymy się bycia Kościołem. Klęcząc ucałowaliśmy dłonie papieża, w których cieple i delikatności odczuliśmy Jego świętość. Wzruszenie naszej wspólnoty było tak wielkie, że nie zdołaliśmy zaśpiewać pieśni wcześniej przygotowanej. Upust emocjom i radości daliśmy po wyjściu z audiencji tańcząc i śpiewając już pełnym głosem, na Placu Św. Piotra.
Maria: Myślę, że łaską także dla naszego Marka, była pielgrzymka do grobu Ojca Świętego z grupą niepełnosprawnych. Jeszcze jedną refleksją chciałabym się podzielić. 4 lata temu, przyjaciele naszej córki (oazowicze), nie mogąc doczekać się potomstwa, gorąco prosili Ojca Świętego o wstawiennictwo. Powiedziałam, aby nie ustawali, a starając się ich pocieszyć, tak po ludzku szukałam słów i powiedziałam „nie martw się, na Zwiastowanie będziesz w stanie błogosławionym, a w Boże Narodzenie urodzisz”. Tak się stało. Wiem, że to Duch Święty Pocieszyciel podpowiedział mi te słowa, a Wielki Orędownik Życia tę łaskę im wyprosił u Boga.
Ryszard: Ostania Droga Krzyżowa, 25 marca. Papież gasł na oczach całego świata, głosząc Ewangelię cierpienia przytulony do Chrystusowego Krzyża, z którego rodzi się życie. Za to bogactwo niezliczonych łask, za Beatyfikację Wielkiego Orędownika Prawdy i Miłości, „Ciebie Boga Wysławiamy!”

Maria i Ryszard Bojarscy
diecezja radomska




Dziękujemy Bogu za spotkanie z Janem Pawłem II



Chociaż mija już 13 lat od naszego spotkania z Ojcem świętym, na wspomnienie o tym wydarzeniu serca nasze biją mocniej. Uczestniczyliśmy wówczas w Światowym Kongresie Ruchów Kościelnych w Rzymie w dniach 27-29 maja 1998 r. Kongres odbywał się pod hasłem "Ruchy kościelne: komunia i misja u progu trzeciego tysiąclecia". Było to spotkanie wszystkich ruchów z całego świata. Uczestniczyli w nim przedstawiciele 56 ruchów i wspólnot oraz liczne grono kardynałów i biskupów.
Nasza delegacja liczyła pięć osób: ks. Henryk Bolczyk - moderator generalny Ruchu Światło-Życie, Ewa Kusz z Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła z Katowic, my, jako przedstawiciele Domowego Kościoła, a także ks. Adam Schulz - przewodniczący zespołu koordynującego Ogólnopolskiej Rady Ruchów Katolickich.
Komunia Ruchów miała miejsce w Wigilię Zesłania Ducha Świętego. Było to otwarte spotkanie wszystkich ruchów na Placu św. Piotra w Rzymie, obejmujące prezentację ruchów, świadectwa oraz przemówienie Ojca Świętego. W niedzielę rano uczestniczyliśmy we Mszy św. z papieżem na placu św. Piotra, natomiast wieczorem była majówka w Ogrodach Watykańskich. Długo szliśmy w procesji ze świecami przez przepiękne papieskie ogrody, śpiewając po włosku litanię loretańską. Gdy doszliśmy do Groty, gdzie oczekiwał nas Ojciec Święty, był już zupełny mrok. Robiło to wszystko niesamowite wrażenie.
W niedzielę wieczorem dowiedzieliśmy się, że ks. Bolczykowi udało się załatwić na następny dzień uczestnictwo we Mszy św. celebrowanej przez Ojca św. w jego prywatnej kaplicy. Oprócz naszej grupy w spotkaniu uczestniczyły przedstawicielki Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła oraz ks. Jacek Herma z Carlsbergu i kilkanaście innych osób.
Gdy weszliśmy do kaplicy Papież modlił się w wielkim skupieniu, następnie wstał, przebrano go w szaty liturgiczne i zaczął sprawować Eucharystię. Bliskość Ojca Św. wzbudzała w nas dreszcz emocji – to takie wielkie i takie niesamowite, być tak blisko. Wręcz nie chciało się wierzyć. Nie było kazania, żadnych powitań. Papież nic nie mówił. Odprawiał Eucharystię w wielkim skupieniu, tak jakby nas tam nie było. Śpiewy i czytania prowadziła grupa oazowa. Zaczęliśmy Bogurodzicą, potem były pieśni maryjne, w tym litania do Matki Boga i ludzi (uroczystość NMP Matki Kościoła).
Zaraz po mszy św. przeszliśmy do sali obok. Gdy Ojciec Święty wszedł, zawołał: "O oaza!". Ks. Henryk Bolczyk przedstawił nas i zapytał: "Czy Ojciec Święty ma jakieś przesłanie dla Ruchu?" A Jan Paweł II powiedział: "Trzymajcie się nauki ojca Blachnickiego". Każdemu podawał rękę i obdarowywał różańcem. Wręczono mu figurkę Niepokalanej i świecę oazową oraz powiększoną fotografię Niepokalanej z Kopiej Górki w Krościenku. Ks. Jacek z Carlsbergu też wręczał figurkę - kopię tej, która znajduje się na grobie o. Blachnickiego.
Potem papież zbliżył się do nas i spytał „kogo reprezentujecie”, a ja powiedziałam, że jesteśmy przedstawicielami Domowego Kościoła. On na to: "O, pięknie, pięknie, oaza rodzin. Byliście wczoraj na placu? Było pięknie. Rodzina to wielka i ważna rzecz. Trzeba o nią szczególnie dbać”.
Po przedstawieniu uczestników wyciągnięto zdjęcie w dużej ramie, które było podarunkiem dla ks. Dziwisza. Papież popatrzył z daleka i mówi: "O, idziemy na Błyszcz, ale wtedy lało".
Ks. Bolczyk zapytał, gdzie powinien być pochowany o. Blachnicki. Najpierw Papież powiedział: "Spytajcie się swoich biskupów", a potem dodał: "Carlsberg to było wygnanie, a ojczyzna to Krościenko". Wtedy rozległy się brawa.
Gdy Ojciec Święty zaczął wychodzić, stanął w drzwiach, a my zaczęliśmy śpiewać "Zwiastunom z gór". Papież odwrócił się twarzą do nas, miał łzy w oczach, a nam powoli głos wiązł w gardle, wszyscy kolejno przestawali śpiewać i w końcu tylko ks. Bolczyk ciągnął śpiew.
Zastanawialiśmy się za co tyle szczęścia i takie wyróżnienie, że mogliśmy spotkać się z Janem Pawłem II twarzą w twarz. Reprezentowaliśmy Domowy Kościół, a przecież byliśmy tylko parą rejonową z Wrocławia. Gdy głośno dziwiliśmy się czym zasłużyliśmy na to, Ewa Kusz wtedy odpowiedziała: "Niczym, Bóg tak chciał" i to była prawda.
Szczegółowe relacje z przebiegu kongresu i spotkania z Janem Pawłem II przedstawiliśmy w czasopismach Ruchu: Oaza nr 34/98 i Wieczernik nr 90/1998. Teraz chcielibyśmy podzielić się kilkoma myślami związanymi z tym spotkaniem, które ciągle pamiętamy.
  • Dotknęliśmy bogactwa Kościoła w jego różnorodności ruchów i wspólnot. Papież podkreślał, że Pan Bóg trafia do ludzi różnymi drogami, a jednocześnie przestrzegał: "żeby różnorodność nas nie podzieliła. Różnorodność ma nas uzupełniać".
  • Mamy też działać w Kościele, we wspólnocie z duchownymi, nie oddzielać się od Kościoła. "Wspólnota nie może pójść w sekciarstwo. Mamy być w jedności z hierarchią kościelną. Nie mogą istnieć ruchy bez kapłanów, a zarazem kapłani nie mogą działać bez laikatu”.
  • Trzeba czerpać z innych ruchów. „Nie uważać, że inne ruchy są dla nas konkurencją. Mamy wspólnie dążyć do Chrystusa. Ubogacać się wzajemnie”.
  • Stwierdzenie Jana Pawła II, że „rodzina to wielka rzecz, trzeba o nią szczególnie dbać”, było jakby jego testamentem dla nas. By być temu wiernym podejmowaliśmy posługę animatorów i pary moderatorskiej na oazach i ORARach, a także organizowaliśmy rekolekcje tematyczne: „Małżeństwo w planie Bożym”, „Rodzina w planie Bożym”, „Uzdrawianie relacji w rodzinie”, „Boży pomysł na udane małżeństwo”, czy też „Dzielenie się darami (zobowiązaniami Domowego Kościoła) drogą ku dojrzałości chrześcijańskiej”. Staraliśmy się do prowadzonych rekolekcji podchodzić z wielkim zaangażowaniem pamiętając o przesłaniu Ojca świętego.

    Chwała Panu

Krystyna i Wiesław Bratkowie
z Wrocławia





Myśl o tym, że Polak może zostać papieżem, pojawiała się w skrytości, a zdrowy rozsądek podpowiadał, że to nie możliwe. Jednak 16 października 1978 r. ogarnęło uczucie zaskoczenia i niewypowiedzianej radości na wiadomość, która obiegła cały świat – mamy Papieża Polaka!
To był początek pontyfikatu Jana Pawła II, Jego pierwsze błogosławieństwo „Urbi et Orbi”. Zbiegło się ono z początkiem mojego wkraczania w życie dorosłe. Pierwsze spotkanie z Ojcem Świętym to Krakowskie Błonia w gronie najbliższej rodziny. Spełnione marzenie – osobiste spotkanie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam tak blisko Ojca Świętego przejeżdżającego ulicami Krakowa. Po tym spotkaniu często mi się śnił i wciąż widziałam Jego postać z niezwykłym blaskiem. Mojemu mężowi śnił się podobnie. Potem dar jego kolejnych pielgrzymek do Ojczyzny, uczestnictwo w pielgrzymce rzeszowskiej, najbliższej Łańcuta, chociaż jako ks. kardynał odwiedził naszą Matkę Bożą Szkaplerzną w sierpniu 1975 r. Ziściło się moje i mojego męża marzenie o spotkaniu Ojca Świętego podczas uczestnictwa w Oazie rzymskiej III stopnia DK w 1994 r. Pierwsze spotkanie w Rzymie to udział w bazylice w uroczystość patronów św. Piotra i Pawła. Radość i entuzjazm nie opuszczał nas ani na chwilę, kiedy dane nam było spotkać się całą grupą oazową w Sali Klementyńskiej. Jednak spotkanie Ojca Świętego wyraźnie cierpiącego wówczas fizycznie, kiedy to wskutek upadku doznał złamania kości udowej, było widocznym znakiem, że cierpiąc dźwiga ciężar całego świata, a zwłaszcza naszej Ojczyzny. Mimo ogromu cierpienia żartował z nami. Na naszą wiadomość o tym, że Jego Świątobliwość odwiedzimy w Castel Gandolfo w czasie oazowego Dnia Wspólnoty odpowiedział:„ wiecie..tam nie rozpalicie ogniska...” Po tym spotkaniu wracaliśmy w wielkim skupieniu, z oczami pełnymi łez, z myślami o tym jak bardzo cierpi a zarazem jakim wielkim darem jest Jego obecność dla każdego z nas i dla świata, Jego świadectwo życia Ewangelią i miłością do Ojczyzny. Pamiętam, postanowiłam wtedy, że będę modlić się we wszystkich Jego intencjach.
W kolejnych latach pojawiły się kolejne cudowne przeżycia podczas spotkań pielgrzymkowych związane z Jego nauczaniem, urozmaicone Jego poczuciem humoru, m.in. „powtórką z geografii”. I ta ostatnia, niezwykła pielgrzymka znów na Krakowskich Błoniach, znów w gronie rodzinnym z naszymi córkami. Przepłakałam słysząc ten słabnący głos, te wspomnienia pieśni oazowej – uzmysłowiłam sobie wtedy, jak nas wszystkich bardzo kochał i jak tęsknił za Ojczyzną. Jeszcze dzisiaj słyszę "Dziękuję wam Błonia Krakowskie". W odpowiedzi wierni rozpoczęli śpiew: "Dla Oazy i Kościoła niechaj żyje nam", na co Ojciec Święty powiedział: "Dziękuję wam Błonia Krakowskie za waszą gościnę wielokrotną i tę dzisiejszą. Bóg zapłać! Chciałbym dodać – i do zobaczenia. Ale to już jest całkowicie w Bożych rękach" a później „Pozostawiam to bez reszty... Bożemu Miłosierdziu".

Dziękuję Bogu za dar pontyfikatu Jana Pawła II, Jego cierpienie i beatyfikację . Ufam, że patrzy na nas z Domu Ojca i nam błogosławi całej mojej rodzinie, Kościołowi , naszej wspólnocie Domowego Kościoła i całemu światu.

Elżbieta i Janusz Nicponiowie z córkami




© 2001-2013 Centralna Diakonia DK