Strona startowa Domowego Kocioa Strona startowa Ruchu wiato-ycie
  
     
  Strona główna    Aktualności    Rekolekcje    Założyciel    Formacja    List DK    Galeria    Dom na Jagiellońskiej  
  Diakonia    Linki    Wzajemna pomoc    Z życia Ruchu    W Kościele i świecie  
Formacja
Krótko o DK
 
Zasady DK
 
Listy kręgu centralnego DK
 
Charyzmat i Duchowość Ruchu Światło-Życie
 
Historia DK
 
Konspekty spotkań miesięcznych
 
Konferencje
 
Relacje
 
Świadectwa
 
Prezentacje
 


Ziarno obumarło, wszystko zależy od gleby
Jan Paweł II (18 maja 1920 - 2 kwietnia 2005)

Umarł święty człowiek. Jego ostatnia choroba i śmierć to pasmo niezliczonych znaków, które dla nas, ludzi wierzących, są dowodem Bożego działania w tym świecie. Kiedy je rozważamy, budzi się w nas wielkie zdumienie.
Decydujący atak choroby, rozpoczęty w czwartkowy wieczór, trwający przez cały piątek, aż do sobotniego wieczoru - czyż nie było to jedyne w swoim rodzaju Triduum, w którym Namiestnik Chrystusa na tej ziemi poszedł śladami swego Mistrza przez Jego cierpienie w Ogrójcu, mękę Wielkiego Piątku, grób Wielkiej Soboty i Zmartwychwstanie?
Czy można uznać za przypadek to, że ten Papież, w wyjątkowy sposób związany z objawieniami Matki Bożej w Fatimie, odszedł do Pana w pierwszą sobotę miesiąca, a więc w dzień, w którym Maryja wzywa nas do odprawiania specjalnego nabożeństwa do Jej Niepokalanego Serca, wynagradzającego grzechy ludzkości?
A czyż nie jest wymowne odejście Jana Pawła II w wigilię święta Miłosierdzia Bożego? Czy nie otrzymaliśmy w ten sposób czytelnego znaku, którego Bożego przymiotu najbardziej potrzebuje dzisiejszy świat?
I wreszcie – zgon Ojca Świętego nastąpił dwa dni przed przeniesioną na 4 kwietnia uroczystością Zwiastowania Pańskiego. Tuż przed dniem świętości życia umarł ten, który przez wszystkie lata papieskiej posługi bronił życia przed atakami zwolenników cywilizacji śmierci...

Zaiste – znaki, znaki, znaki...


Radość przez łzy

W sobotni wieczór płakaliśmy, długo nie mogąc się ukoić, bo umarł ktoś bliski każdemu z nas. Jednocześnie jednak, mimo łez i bólu – był to wieczór i noc radości. Jak bowiem nie cieszyć się, że ten Papież, pod koniec życia tak bardzo naznaczony stygmatem cierpienia i choroby, wzorem św. Pawła „w dobrych zawodach wystąpił, bieg ukończył, wiary ustrzegł”? Jak nie być dumnym, że spośród naszego narodu wyszedł tak niezwykły świadek Chrystusa? Jak nie dziękować Bogu, że pozwolił nam żyć w czasie Jego pontyfikatu? Nic zatem dziwnego, że zapewne wielu z nas mocno dotknęły słowa drugiego czytania, usłyszane nazajutrz, podczas Mszy św. w Niedzielę Miłosierdzia: Radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń. Przez to wartość waszej wiary okaże się cenniejsza od zniszczalnego złota (1P 1,6-7)...

Tak. Trzeba, abyśmy zachowali miarę w naszym smutku. Chrześcijanom nigdy nie przystoi rozpaczać w obliczu śmierci kochanych osób, a już byłoby to zupełnym nieporozumieniem, gdybyśmy utracili nadzieję po odejściu tego, który przez całe swoje życie, stąpając twardo po ziemi, był jednocześnie równie realnie zanurzony w rzeczywistości Zmartwychwstania i wieczności. Odczuwając zatem ból rozstania, pozostajemy z przekonaniem, że zyskaliśmy po tamtej stronie życia wielkiego orędownika. Odszedł Jan Paweł II, odejdą kolejne wielkie autorytety, jeśli Pan Bóg zechce nas nimi obdarzyć, lecz przecież zawsze pozostaje z nami Jezus Chrystus, wczoraj i dziś, ten sam także i na wieki (Hbr 13,8).

Przed nami rachunek sumienia

Nadchodzi czas dogłębnego rachunku sumienia, stwierdzającego, na ile zechcieliśmy pod wpływem pontyfikatu Jana Pawła II przemienić nasze życie, a ile jeszcze mamy do zrobienia. Zapytajmy się, jak gorliwie przez te wszystkie lata wspieraliśmy Papieża w tych obszarach, które On uważał za szczególnie ważne: w dziele obrony życia nienarodzonych, w trosce o ludzi ubogich, chorych, starych. Odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie: ile jego encyklik, adhortacji i innych pism przeczytaliśmy, przemyśleliśmy i spróbowaliśmy wcielić w nasze życie? Ile jego przemówień skwitowaliśmy powierzchownymi oklaskami, bez głębszej refleksji i przemiany? Dlaczego nikt nie miał odwagi wprost, z otwartą przyłbicą zanegować papieskiego nauczania, natomiast tak wielu podważało je po cichu, na łamach gazet, w programach telewizyjnych, w praktyce życia codziennego?

Czy ta śmierć będzie owocować?

Z radosnym zdumieniem patrzyliśmy na pierwsze owoce śmierci Jana Pawła II: wypełnione po brzegi kościoły, rozbrzmiewające żarliwą modlitwą, spowiedzi po 20-30 latach przerwy, telewizję wreszcie spełniającą rolę służebną wobec społeczeństwa. „Chyba pójdę w tym roku na pielgrzymkę” – podsłuchałem 16-17-letniego „dresiarza” zwierzającego się kolegom, ubranym równie „malowniczo”, co on sam. Wielu podjęło pewne postanowienia, zapragnęło przemiany życia. Czy poprzestaną na jednorazowym zrywie, czy też zdobędą się na długofalowy, spokojny wysiłek?

Zanim stąd odejdę – proszę Was, abyście (...) nigdy nie zwątpili i nie znużyli się i nie zniechęcili, abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy, (...) abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest największa, która się wyraziła przez krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu (przemówienie Jana Pawła II w Krakowie, 10 czerwca 1979 r.).

Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity (J 12,24). Ziarno obumarło, ale samo sobie nie poradzi. Trzeba spełnienia drugiego warunku: żyznej gleby.

Tomasz Strużanowski
Niedziela Bożego Miłosierdzia, 3 kwietnia 2005 r.



© 2001-2013 Centralna Diakonia DK