Strona startowa Domowego Kocioa Strona startowa Ruchu wiato-ycie
  
     
  Strona główna    Aktualności    Rekolekcje    Założyciel    Formacja    List DK    Galeria    Dom na Jagiellońskiej  
  Diakonia    Linki    Wzajemna pomoc    Z życia Ruchu    W Kościele i świecie  
Formacja
Krótko o DK
 
Zasady DK
 
Listy kręgu centralnego DK
 
Charyzmat i Duchowość Ruchu Światło-Życie
 
Historia DK
 
Konspekty spotkań miesięcznych
 
Konferencje
 
Relacje
 
Świadectwa
 
Prezentacje
 


Kameny chrámové/Kamienie Kościoła

W półmroku kościoła, wokół ołtarza, modli się kilkudziesięcioosobowa grupa ludzi w różnym wieku. Małe dzieci zasypiają rodzicom na rękach czy kolanach. W  wieczornej modlitwie na zakończenie dnia Bogdan wykorzystał przepiękny tekst z  kancjonału, śpiewnika i modlitewnika, który można znaleźć w każdym czeskim kościele. Niesamowite doświadczenie. Tego wieczoru przyznaliśmy, że nadal mamy się czego uczyć od braci Czechów, choć niby jest nas więcej i Kościół jest silniejszy.

Kościół na wzgórzu Cvilin

Królująca nad miastem

Madonna na obrazie w cvilińskim kościele przedstawiona jest z siedmioma mieczami symbolizującymi siedem boleści. Stoi w pozie wyrażającej zgodę na to cierpienie, z opuszczonymi dłońmi i spokojem na twarzy. „Fiat” do końca. Ludzie przychodzą, by oddać Bogu swoje najbardziej trudne sprawy przed obrazem Marii Panny Siedmiobolesnej.

W czasach Przemysła Otokara II (1253-1278) umieszczono na Cvilinie mały obraz. Od tego też czasu to śląskie miasto związane jest z zakonem minorytów, czyli franciszkańskich braci mniejszych, którzy nie raz pracowali w  dyplomatycznych służbach papieży i królów, pełnili specjalne zadania w  kontaktach między wschodem i zachodem. Dzięki nim miasteczko weszło do świadomości władz kościelnych i świeckich. Jego historia jest typowo śląska – bogata, piękna ziemia, zamki, ruiny, grabieże, przechodzenie z rąk do rąk, gwałtowne zmiany.

W 1523 roku, kiedy właściciel krnowskiej posiadłości, Jan z Ansbachu, wprowadził do miasta kalwinizm, obraz został zniesiony procesyjnie na dół i  spalony na znak, że w tym mieście skończono z katolicyzmem. I stało się tak na sto lat. W roku 1623, po bitwie na Białej Górze, nowy właściciel, książę Karol Lichtenschtein, znowu wprowadził franciszkanów do Krnova i pomógł odbudować zniszczony kościół i klasztor, ale dalsze losy nie były spokojniejsze: wojny śląskie, józefinizm XIX wieku, dwie wojny światowe, wreszcie komunizm. Franciszkanie kolejny raz wrócili tu w 1991 roku.

Klasztor minorytów w Krnovie, widok na kościół Narodzenia Marii Panny

Miejscem pielgrzymkowym na Cvilinie zajął się franciszkanin, o. Korneliusz Ottweiler, który był inicjatorem budowy drewnianej kapliczki, wykończonej w 1684 roku. W jej pobliżu w latach 1722-1728 powstał obecny kościół odpustowy. Tradycja odpustów na wzgórze Cvilin trwa ponad trzysta lat i zachowała się do dziś. Najbardziej znanym jest odpust Podwyższenia Świętego Krzyża i Marii Panny Siedmiobolesnej, celebrowany zawsze w niedzielę najbliższą świętu Podwyższenia Krzyża Świętego w połowie września.

Źródła

Zielone, ciche wzgórze przyciąga również zwykłych spacerowiczów. Z miasta na szczyt można wejść stromymi schodami lub łagodniejszymi ścieżkami. Majestatyczna, barokowa świątynia góruje nad okolicą. Obok kościoła stoi niezbyt duży, zbudowany przed czternastu laty, Dom Pielgrzyma. Od czterech lat odbywają się tu spotkania Domowego Kościoła Moraw i Śląska (Czeskiego).

Zaczęło się od pragnienia, od doświadczenia pustyni. Małżeństwa, które spotykają się od początku, wywodzą się z Oazy Młodzieżowej. Po założeniu rodzin stopniowo odkrywali, że czegoś im w życiu brakuje, i bardzo chcieli to coś znaleźć. Domowy Kościół był dla nich kontynuacją wcześniejszej drogi, powrotem do korzeni.

Oaza stała się dla nich miejscem spotkania z Bogiem, doświadczenia wspólnoty i żywej wiary, nawrócenia. Niekoniecznie świadomie wybieranym, jak najciekawszy towar na straganie. Jarek w czasie trzeciego roku studiów w Brnie chodził po kościołach i w końcu u minorytów spotkał się z oazową wspólnotą. Potem były pierwsze, niezwykle mocne, rekolekcje i nie musiał dalej szukać. Podobnie było w  przypadku jego żony, Lenki. Petra nawróciła się w czasie studiów, tak jak Marek, który przyprowadził ją do Oazy. Wcześniej miała okazję zetknąć się z różnymi grupami w akademiku i uczestniczyć w spotkaniach ekumenicznych. „Oaza dała mi to, czego mi brakowało w tamtych spotkaniach – formację” – opowiada. „Owszem, zostałam przygotowana do pierwszej Komunii Świętej, i to było bardzo dobre, ciekawe, ale praca w małych grupach oazowych w ciągu roku dawała poczucie wspólnoty. Pociągało mnie również bogactwo materiałów. Za każdym razem, gdy się wraca do jakiegoś tematu, każdy znajdzie dla siebie coś nowego. Zresztą nie sposób od razu wszystko zrozumieć, stopniowo odkrywa się kolejne warstwy. Oprócz tego te materiały są bardzo dobrze ułożone, idąc tą drogą łatwiej jest się rozwijać. Najpierw jest to, co proste, co najbardziej potrzebne – nauka modlitwy, sakramenty – a potem trudniejsze sprawy. Jako małżeństwo uczestniczyliśmy dwa razy w pierwszym stopniu i było to dla nas bardzo dobre. Rekolekcje uczą również, jak praktykować w życiu modlitwę, jak żyć. Nie jest to tylko coś, co realizuje się w czasie rekolekcji. To jest życiowe zadanie”.

Sylva i  Mirek Hlučina

Jako pierwsi skontaktowali się z ojcem Józkiem Sylva i Mirek Hlučina, mieszkający koło Ostrawy. Tam odbywały się pierwsze spotkania w kameralnym gronie dwu małżeństw. Potem dołączyli Jarek i Lenka Jiříkovi oraz Petra i Marek Růžičkovi i ojciec zaczął szukać w Polsce małżeństwa, które by chciało i mogło poprowadzić ten krąg. Znaleźli się. Byli to Ula i Bogdan Wieczorkowie. Pierwsze spotkanie odbyło na Cvilinie 21-23 kwietnia 2006 roku. I to było „to”. „Wcześniej znaliśmy Namiot Spotkania czy rekolekcje. Teraz mogliśmy się uczyć, jak iść dalej razem. Dialog czy modlitwa małżeńska są bardzo ważne. Nie zawsze łatwe, ale ciekawe” – podsumowuje Jarek.

Lenka i  Jarek

Oazowe dzieci

Siedzimy w małym pokoju nazywanym biurem. Dom jest wypełniony wózkami, pieluchami i starszymi dziećmi, biegającymi, gdzie się da. Lenka trzyma na rękach dziewięciomiesięcznego Witka, trochę już zmęczonego i wyraźnie śpiącego. Rośnie pierwsze pokolenie oazowych dzieci w Czechach. Wyraźnie widać, że za kilka lat będzie niezbędna Oaza Dzieci Bożych.

Cztery lata to dużo wspomnień. Sytuacje ważne, niezwykłe, zabawne. Jak to w  czasie wycieczki na pierwszych piętnastodniowych rekolekcjach zdobywali Pradziada żółtym szlakiem – niezwykle malowniczym, ale nie zaliczającym się do najprostszych – Marek niósł malutką Emę w wielkiej chuście, a z nimi szła Petra w ósmym miesiącu ciąży. Na początku czeskie rodziny korzystały z tego, że Ula z  Bogdanem nic nie rozumieli lub nie wszystko. Jarek tłumaczył, ale często robił dopowiedzenia. I w czasie tej wycieczki sytuacja się powtórzyła, na co Bogdan powiedział: „Ale to nie było tak”. Chwila konsternacji, a potem rozbawienia – „To jak? To ty już rozumiesz?” „To było takie piękne” – wspomina Jarek. – „W czasie wieczornej modlitwy z polską oazą zauważyłem, że Bogdan tłumaczył z  czeskiego na polski. Super”.

zdjęcie ze stron Chorebu

Już w czasie pierwszych rekolekcji w lipcu 2007 roku widać było, że to dojrzała wspólnota. Sprawy organizacyjne były zapięte na ostatni guzik. Ula mówi, że bardzo pozytywnie ich to zaskoczyło. „Nie było tego, co się czasem u  nas w Polsce zdarza, że uczestników trzeba dopiero przygotować do podjęcia różnych funkcji. Oni wiedzieli, po co przyjechali, od razu weszli w treści rekolekcji”. A Bogdan dodaje: „Zawsze mnie szokowało to, że im przygotowanie liturgii zajmowało pięć minut w kościele”. Praktycznie każdy grał na jakimś instrumencie. Diakonia muzyczna zawiązała się całkiem spontanicznie. Nie było problemów z przygotowywaniem nabożeństw. Wszystko przebiegało na zasadzie: ty czytasz, ty śpiewasz, a ty przynosisz kielich. Dziękujemy. Zaczynamy. To jest efekt tego, że znali się już wcześniej, a poza tym wiele spraw szło trybem ustalonym w czasie spotkań weekendowych.

No i wtedy było jeszcze bardzo mało dzieci. W tym roku został opracowany specjalny harmonogram dla opiekunek. Dziewczyny przyjeżdżały na trzy-cztery dni, potem zmieniały je inne. Przewinęło się chyba dziesięć czy jedenaście, w  porywach było siedem jednocześnie. I zawsze miały co robić.

Petra i  Marek

Pytam Bogdana, co było dla nich najpiękniejszym doświadczeniem. Odpowiedź padła bez wielkiego zastanawiania się: ludzie.

W tym roku Jarek pełnił funkcję intendenta, kucharki, animatora, prowadził szkoły niektóre szkoły apostolskie i był tłumaczem. Obowiązków masa, ale Jarek był zawsze uśmiechnięty, chociaż było mu bardzo ciężko. Kosztem swojego odpoczynku i snu nic nie stracił, bo przecież jeszcze uczestniczyli z Lenką w  drugim stopniu.

I ojciec Józek. Dla niego nigdy nie było problemu i „nie było sprawy”. Jak to Bogdan określił: „Co powiedzieliśmy, czasem nie do końca zrozumiał, ale wiedział. Za każdym razem, gdy jechał i coś przywoził, to było to doskonałe, chociaż ja się zastanawiałem, czy on mnie w ogóle zrozumiał”.

O. Józek, moderator Oazy na Morawach i Śląsku

To były piękne czasy!

Wędrynia położona jest w dolinie Olzy i jej prawobrzeżnego dopływu – Wędryńki. To jedna z najstarszych wsi Śląska Cieszyńskiego i rodzinna miejscowość ojca Józka, moderatora Oazy na Morawach i  Śląsku. Jest Polakiem urodzonym w Czechosłowacji na Zaolziu. Pamiętam, jak w  czasie Kongregacji w Częstochowie z zapartym tchem słuchaliśmy historii jego powołania. Lubiliśmy też, kiedy w czasie rekolekcji (polskich, przeżywanych w  klasztorze w Krnovie) przychodził do nas wieczorem z gitarą, która jest jego wierną towarzyszką. W nastrojowym refektarzu rozmawialiśmy w ostatnią noc rekolekcji – o Czechach, o Oazie, o gospodarzu, o dziadku, który pierwszy w  wiosce miał radio, na dodatek samodzielnie przez siebie skonstruowane. Ludzie przychodzili do jego domu, słuchali muzyki i pytali, gdzie są muzykanci. Ojciec Józek chętnie wspomina trudne czasy, bo dzisiaj jest zupełnie inaczej. Wróg jest bardziej ukryty. Kiedyś wszystko było czytelne, miało się poczucie sprzeciwu. Czuło się, że robi się coś dobrego. Człowiek chciał się oddać Panu Bogu ze wszystkimi konsekwencjami.

»Moje powołanie zrodziło się pięknie, spontanicznie i radośnie, ale ciekawiej było, kiedy pojawiły się kłopoty. Pamiętam, że kiedyś, jako chyba pięcioletnie dziecko, nabroiłem w domu. Mama nie miała już siły i tylko się żaliła: „Józek, Józek, co z ciebie będzie”. Na co odpowiedziałem: „No co by ze mnie było? No, księdzem będę”. Mama się zmieszała i poleciła mi: „Szybko mi o tym zapomnij, ale przede wszystkim nikomu, ale to nikomu, proszę cię, o tym nie mów”. A później w  deszczowy, wakacyjny dzień wybrałem się na strych i zacząłem szperać po starociach. Natknąłem się na skrzynkę dziadka, w której znalazłem mapę gwiazd, lornetkę, Pismo Święte. Między tymi rzeczami było kilka numerów „Rycerza Niepokalanej” z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych. Zaciekawiła mnie postać Maksymiliana Kolbe, o którym słyszałem już wcześniej. Zaczytałem się. Postanowiłem się przekonać, czy to rzeczywiście prawda, czy te miejsca jeszcze istnieją.

Przez cały rok ostatniej klasy podstawówki zbierałem we wsi stare żelazo. W  ten sposób zarobiłem pieniądze na drogę do Niepokalanowa. Tata się cieszył, że mam zajęcie i robię coś sensownego. Nawet mi pomagał w zbieraniu. Pojechałem do Niepokalanowa – oczywiście nie sam, ale z gitarą – i wzbudziłem duże zainteresowanie. Bracia od razu zaprowadzili mnie do klauzury i wszystko mi pokazali (a ja wszystko chciałem zobaczyć). Potem zawieźli mnie do Smardzewic, gdzie był nowicjat. Powiedzieli mi, że są tam najmłodsi zakonnicy, a starsi bracia przychodzą do nich i proszą ich o modlitwę – bo jeżeli potrzebujesz, żeby się ktoś za ciebie modlił, to idź albo do klarysek, albo do nowicjuszy. Ci jeszcze mają wiarę. Dwóch z nich później zostało męczennikami: Zbyszek i Michał. Zacząłem tam jeździć co rok i tak przyszła klasa maturalna.

Zgłaszałem się do seminarium, ale u nas o tym, kto jest przyjęty, decydowała bezpieka. Fakultet teologiczny był szkołą państwową. Pewnego razu w czasie lekcji przyszedł po mnie zdenerwowany dyrektor i zabrał do kancelarii. Tam czekało na mnie trzech panów. Jeden z nich był „dobry”, drugi „zły”, trzeci w  ogóle się nie odzywał, siedział z kamienną twarzą. Pytali mnie o różne sprawy chyba przez dwie godziny. Po tych dwu godzinach nie wiedziałem już, jak się nazywam. Wyszedłem roztrzęsiony. Od tego momentu codziennie miałem towarzystwo w  drodze do szkoły. Niby nie miałem ich widzieć, ale nie sposób było nie zauważyć. Tylko do kościoła za mną nie wchodzili.

Po miesiącu takiej gry byłem już porządnie wystraszony. Wydawało się, że wiedzą o mnie wszystko. Poszedłem z wizytą do znajomego zakonnika, który już dwa razy siedział w więzieniu. Od razu zauważył, że coś jest nie tak. Sam mnie zapytał: „Chodzą za tobą?”. „No tak, chodzą”. „Każdego dnia?”. „Tak, każdego dnia”. „No to masz towarzystwo!”. Ta sytuacja zdawała się go wielce radować. I  opowiedział mi pewną historię. Przed miesiącem zabrali go na comiesięczne przesłuchanie. W którymś momencie jego śledczy powiedział: „Panie Starzyński. Pan chyba nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak trudna jest dzisiaj sytuacja. Człowiek idzie ulicą – może wpaść pod auto. Nawet nie musi wychodzić – może spaść ze schodów. Wypadki zdarzają się codziennie, w każdej chwili może pan zginąć, a pan zdaje się tego nie rozumieć”. Na co ojciec: „Ma pan rację. Dzisiaj ja, jutro pan!” (to powiedział, gwałtownie wskazując palcem na rozmówcę). W ten sposób przesłuchanie się skończyło. „Ale wiesz Józek, to nie wszystko. Dzisiaj dowiedziałem się, że nie miałem racji. Bo on już jest przed sądem Bożym”. Okazało się, że śledczy jest chory na raka, nie wytrzymał psychicznie i popełnił samobójstwo.

Nie było łatwo. Zgłaszałem się do seminarium, konsekwentnie odrzucano moje podania. Podobno nie spełniałem warunków. Już prawie miałem uciec za granicę, by tam rozpocząć studia. Nie chciałem studiować tajnie, zastanawiałem się, czy w  ogóle jest wolą Boga, abym był księdzem. Wtedy ojciec, który miał mi pomóc w  wyjeździe, popatrzył na mnie i powiedział: „Wiesz co? Pocierp jeszcze”.

W końcu wybrałem się z ekonomem do sióstr klarysek w Miedniewicach. Bo jak powiedział, siostry to są takie ciotki, że jak się uprą, to nawet Pan Bóg musi skapitulować. Przedstawiłem sprawę siostrze przełożonej. Popatrzyła na mnie i  powiedziała: „Dobrze, proszę brata. W przyszłym roku będzie brat przyjęty do seminarium”. Ale w przyszłym roku znów przyszedł list z odmową. Z tym listem udałem się do Miedniewic z reklamacją. A ksieni zignorowała moje uwagi o braku wiary u sióstr, i bez zainteresowania powiedziała, że na papierze można wszystko napisać. „Wszystko załatwione, niech się brat nie martwi. Proszę jechać do domu i pakować się do seminarium”. I w domu był drugi list, że jestem przyjęty. Wróciłem do sióstr przepraszać za niedowiarstwo.

Wcześniej nie mogłem powiedzieć rodzicom, że jestem zakonnikiem (w Czechosłowacji zakony były nielegalne). Dowiedzieli się dopiero w grudniu 1989 roku. Zostawiłem w seminarium sutannę, wziąłem ze sobą habit. Rozwiesiłem go w  domu na wieszaku, żeby się uleżał. Przyjechałem w nocy, rodzice już spali, nie chciałem ich budzić. Rano mama przyszła do mojego pokoju i pyta cicho: „Józek? Śpisz?” „No jak mogę spać!”. „Tam na skrzyni, to są te Franciszki?”. Wiedziała. Mamy zawsze się domyślą. Uściskała mnie, popłakała sobie. Kiedy poszła, przyszedł tato. „Józek! Co znaczy ten habit?”. „No, to mój habit”. „To już ci nie wystarczy być zwyczajnym księdzem, musisz jeszcze jechać gdzieś do Afryki?!”. Ponieważ u nas od 1950 roku nie było zakonników, tacie się wydawało, że zostałem misjonarzem. „Tatuś, nie. Największe misje są u nas. Tutaj muszę zostać”. „Nigdzie nie wyjedziesz?”. „Nie”. „Uhm. Dobra”.«

W Czechach nikt nie wierzył, że będzie jakaś zmiana. Ludzie byli pogodzeni z  tym, że komunizm będzie trwał na wieki. I ojciec Józek podsumowuje, uśmiechając się szeroko: „To były piękne czasy. Gdybym nie przeżył tego, co przeżyłem, nie wiem, co byłoby teraz z moją wiarą. O ile uboższa jest dzisiejsza młodzież”.

Którzy niosą ziarno na zasiew

Na Morawach pracują obecnie trzy kręgi.

Jarek i Lenka Jiříkovi w Kopřivnicy-Lubinie spotykają się od półtora roku z pięcioma małżeństwami. Jedno z nich uczestniczyło w tegorocznych rekolekcjach. Na początku Jarek sam tłumaczył materiały na spotkania. Ich krąg jest już po pierwszym roku pracy, właśnie zaczął drugi.

W Ołomuńcu od roku spotykają się Iwonka i Paweł Burešovi, Petra i Marek Růžičkovi, którzy znali się wcześniej z rekolekcji i wyjazdów oazowych. Najmłodsze małżeństwo, Jitka i Tomek, uczestniczyli w zeszłorocznej jedynce – była to ich podróż poślubna. W Ołomuńcu jest wspólnota osób, którzy kiedyś w  jakiś sposób zetknęli się z Oazą, ale nie była im ona specjalnie bliska. Petra opowiada, że zapraszali ich do wspólnej formacji, ale na razie bez rezultatów. Postanowili wtedy, że zaczną się spotykać nawet w trzy pary i zaczną comiesięczną formację według materiałów, bo zależało im na jej ukierunkowaniu i  uporządkowaniu.

„Nie wystarczały nam spotkania z przypadkowo dobieranymi tematami” – opowiada Petra. – „Przyglądałam się tej drugiej wspólnocie małżeństw. To jest bardzo sympatyczne, Marek zna większość ludzi ze studiów. Wybierają ciekawe tematy, pomagają sobie nawzajem, mają księdza, który się nimi opiekuje. To są ludzie, którzy pięknie wierzą, ale nie ma w tych spotkaniach jasno określonej drogi, celu. Poza tym ważne jest dla nas, że jest nas więcej, że nie jesteśmy pierwszymi, którzy tą drogą idą, nie musimy sami wszystkiego wymyślać”.

Trzeci krąg powstał niedawno we wsi Velká Polom koło Ostrawy. Właśnie zakończył się etap pilotażu, który poprowadziła para z Polski, Bożena i Bogdan Chudzikowie.W tej parafii grunt przygotował ksiądz, któremu zależało na powstaniu wspólnoty. Prowadził kiedyś z Ulą i Bogdanem Wieczorkami rekolekcje i  zaprosił ich do wspólnej ewangelizacji. Świadectwo w kościele powiedzieli wtedy Jarek i Lenka. Na spotkanie po Mszy przyszło chyba z osiem małżeństw, do kręgu weszło cztery.

Na tegorocznych rekolekcjach było jeszcze małżeństwo mieszkające niedaleko Kopřivnicy, Maruška i Franek. Spotykają się z grupą 6-7 małżeństw, ale bez żadnej formacji, na stopie towarzyskiej. Postanowili, że zapytają ich, czy nie chcieliby spróbować czegoś więcej.

Na Cvilinie „weekendowki” nadal odbywają się 4-5 razy w roku. Zmienia się nieco ich charakter. Pierwsze małżeństwa przeżywały tu swój pierwszy i drugi rok pracy. Są takie plany, żeby te spotkania miały raczej charakter Dni Wspólnoty, żeby były okazją do podzielenia się tym, jak wygląda życie w kręgach. Ale ciągle pojawiają się nowi ludzie. Czasem trzeba podzielić się na grupy mniej i bardziej „zaawansowane”. Bardzo trudno jest przygotować konkretny program, bo do końca nie wiadomo, kto przyjedzie, i o czym trzeba będzie mówić. Te spotkania są ważne, bo jak mówi Jarek: „Dla mnie ewangelizacja na rekolekcjach ma swoją wartość, spotkania w domu to już nie jest to samo. Trudno jest jednak namówić na wyjazd na rekolekcje. Ale kiedy pytałem po zakończeniu pierwszego roku pracy o  refleksje, wszyscy stwierdzili, że odnaleźli coś, czego im brakowało. Jest w  nich chęć. Dopóki jest chęć, jest dobrze – bo można wtedy pracować”.

Jarek zapytany o zniechęcenie, ze śmiechem odpowiada, że jeszcze nie przyszło.

Zatem w przyszłym roku trójka? Pytanie o dalsze plany nikogo nie zaskoczyło. Owszem, myślano o trzecim stopniu, ale po rozmowach z ojcem Józkiem stwierdzono, że lepiej będzie poczekać, przygotować ponownie drugi, żeby było więcej par, które mogłyby przeżywać trzeci. Bogdan stwierdza, że jest już coraz bliżej do ich wyjazdu z Czech. Planują jeszcze sesję o pilotowaniu, żeby nowe kręgi powstawały już w jedności ze wszystkimi w Domowym Kościele.

Wraca do mnie śpiewana przez ojca Józka piosenka o kamieniach Kościoła. One nie leżą malowniczo rozrzucone po okolicy, w bezpiecznej odległości jeden od drugiego. Nie leżą też na jednym stosie. Dążą do tego, by być jak najbliżej siebie i budować coś sensownego, konkretnego. Ať žijeme, cokoli děláme, našimi skutky je oslaven Pán – cokolwiek robimy, naszymi dziełami chwalimy Pana. Tworzymy jeden Kościół i nie ma w nim już ani Polaka, ani Czecha.

Ula i Bogdan Wieczorkowie

Wiola Szepietowska
na podstawie serwisu www.oaza.pl



© 2001-2013 Centralna Diakonia DK