Strona startowa Domowego Kocioa Strona startowa Ruchu wiato-ycie
  
     
  Strona główna    Aktualności    Rekolekcje    Założyciel    Formacja    List DK    Galeria    Dom na Jagiellońskiej  
  Diakonia    Linki    Wzajemna pomoc    Z życia Ruchu    W Kościele i świecie  
Formacja
Krótko o DK
 
Zasady DK
 
Listy kręgu centralnego DK
 
Charyzmat i Duchowość Ruchu Światło-Życie
 
Historia DK
 
Konspekty spotkań miesięcznych
  • Katechumenat rodzinny

  • Ku dojrzałości chrześcijańskiej

  • Diakonia

  • Dać świadectwo nadziei

  •  
    Konferencje
     
    Relacje
     
    Świadectwa
     
    Prezentacje
     

    List`93: wrzesie - grudzie 2003

    Modlitwa

    Modlitwa
    jest oddechem nowego życia,
    wielkim przywilejem i radością Nowego Człowieka,
    źródłem mocy i dziełem Ducha Świętego w nas;
    dlatego chcę być wierny
    praktyce codziennego Namiotu Spotkania.

    Drogowskazy Nowego Człowieka




    I. Dzielenie się życiem (przy herbacie)

    II. Część modlitewna:

    • Modlitwa do Ducha Świętego
    • Dzielenie się Słowem Bożym: Mt 6, 5-15 albo Wj 33, 7-11; 18-20
    • Modlitwa spontaniczna: przeproszenie za wszelkie zaniedbania w modlitwie
    • Tajemnica Różańca: Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

    III. Część formacyjna:

    • Dzielenie się realizacją zobowiązań: Namiot Spotkania
      Jakie miejsce zajmuje modlitwa osobista w moim planie każdego dnia? Dlaczego się modlę (z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku, z miłości, z wewnętrznej potrzeby, z obawy przed nieszczęściem, z wdzięczności, ze strachu)? Jak wypełniam czas, który przeznaczam na Namiot Spotkania? Jak oceniam swoją wierność praktyce codziennego Namiotu Spotkania? Jakie mam trudności w modlitwie i jakie widzę ich źródło?
    • Rozważenie treści Drogowskazu: „Modlitwa” (każde małżeństwo wcześniej, w domu, zapoznaje się z tekstami: „Wchodzenie w postawę Chrystusa wobec Ojca” i „Przemieniająca moc modlitwy” ks. Franciszka Blachnickiego oraz „Modlitwa” ks. Henri Caffarela, jak również z pytaniami do tekstów; na kręgu odbywa się rozmowa na ten temat).

      Pytania i problemy do zastanowienia się, omówienia i dyskusji:
      Czy mamy informacje na temat różnych spotkań organizowanych przez Ruch Światło-Życie (w rejonie, w diecezji, w Polsce), służących szczególnie podtrzymywaniu i pogłębianiu życia modlitwy? Jak z nich korzystamy? Jaki dostrzegamy związek między modlitwą osobistą, małżeńską, rodzinną? W jaki sposób możemy dać świadectwo, zachęcić innych do praktykowania codziennie takich modlitw?

      Sugestie do pracy w ciągu miesiąca:
      • przeprowadźmy dialog małżeński na jeden z tematów:
        a) „Nasza modlitwa rodzinna” (czas, miejsce, systematyczność, rodzaje modlitw, zachęta, zaproszenie do modlitwy czy przymus, zaangażowanie dzieci, dostosowanie rodzaju i długości modlitwy do wieku dzieci, nasz przykład, zagrożenia, co postanawiamy);
        b) „Modlitwy błagalne a przyjęcie woli Bożej” (doświadczenia w rodzinie i ich wpływ na naszą modlitwę);
        c) „Czy dobrze się modlimy?”
        Dobra modlitwa to taka, która nas przemienia. Jak dzięki modlitwie dojrzewa we mnie Nowy Człowiek? Nad czym szczególnie pracowałem w ciągu ostatnich sześciu miesięcy? Jakie zmiany dostrzegam w sobie? Jakie przemiany widzi we mnie współmałżonek?
      • podejmijmy konkretną regułę życia:
        np. zastanowię się, który z czterech rodzajów modlitwy (modlitwa uwielbienia, dziękczynienia, przeproszenia, prośby) dotychczas praktykowałem najrzadziej – właśnie taką modlitwę będę praktykować przez najbliższy miesiąc.

    Elżbieta iWitold Kowalczykowie



    Światło-Życie to streszczenie programu życia chrześcijańskiego. Polega on na stałym dążeniu do tego, aby światło prawdy Bożej, światło słowa Bożego wprowadzić w życie, uczynić zasadą działania i postępowania. To jest istotny przedmiot całej pracy wewnętrznej, do której jesteśmy powołani, i przez którą rozwija się w nas nowy człowiek. Chciałbym dzisiaj wskazać na rolę modlitwy w procesie wzrastania w nas nowego człowieka. Modlitwa bowiem jest początkiem podejmowanego przez nas wysiłku, aby światło słowa Bożego uczynić zasadą naszego życia. A może musimy także skorygować nasze pojęcie o modlitwie. Bardzo często polega ona bowiem tylko na recytowaniu pewnych formuł modlitewnych, których nauczyliśmy się w dzieciństwie, do których może przywiązaliśmy się nawet w sposób na wpół zabobonny i uważamy, że codzienne odmówienie formuł pacierza, z jednej strony, jest spełnieniem obowiązku wobec Boga, a z drugiej – zabezpiecza nas od zła i nieszczęść. Wielu chrześcijan nie doszło jeszcze do innego pojęcia modlitwy jak to, które modlitwę sprowadza do odmawiania pacierza. [...]. Nie odkryli oni jeszcze istoty modlitwy, ani nie doszli do takiego zrozumienia modlitwy, na jakie wskazuje nam św. Paweł.
    W Liście do Rzymian pisze on, że modlitwa jest sprawą Ducha Świętego, który przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą (Rz 8, 26-27). W tych słowach ukazana jest tajemnica modlitwy chrześcijańskiej. Modlitwa to sprawa między Bogiem a nami i nie może ona być sprawą tylko naszych naturalnych uzdolnień. Ostatecznie można się nauczyć na pamięć pewnych formuł modlitewnych, można się przyzwyczaić do regularnego ich odmawiania, ale to nie jest jeszcze modlitwa w Duchu. Jeżeli nie jesteśmy wewnętrznie zaangażowani, jeżeli nie przeżywamy w modlitwie bezpośredniego spotkania z Bogiem, jeżeli ta modlitwa nie jest wewnętrznym zmaganiem się ze sobą po to, żeby wyjść z ciasnego więzienia swego egoizmu na spotkanie z Bogiem, to jeszcze niewiele rozumiemy z życia modlitwy. To nie jest modlitwa w Duchu.
    Inne niezrozumienie czy wypaczenie życia łączy się z pojęciem modlitwy błagalnej. Najczęściej nasza modlitwa jest modlitwą błagalną i przeważnie modlimy się wtedy, gdy jesteśmy w potrzebie, w myśl przysłowia: „Jak trwoga, to do Boga”. Umiemy się bardzo gorąco, intensywnie modlić na przykład w okresie egzaminów albo kiedy ktoś poważnie choruje wśród naszych bliskich, albo gdy nam grozi jakieś nieszczęście lub na przykład stoimy w obliczu procesu sądowego. Wtedy potrafimy się modlić, ale ta modlitwa jest tylko wołaniem do Boga, żeby spełnił to, co my uważamy za dobre dla nas w tej sytuacji, w tym momencie. Kierunek oddziaływania w modlitwie jest więc taki, że chcemy Boga nakłonić do tego, żeby On spełnił nasze życzenia, nasze pragnienia, naszą wolę. Nieraz potrafimy bardzo intensywnie wołać do Boga i błagać Go, żeby koniecznie zrobił tak, jak uważamy, że musi być tak w tej chwili dla naszego dobra. A potem, kiedy mimo naszej modlitwy jest inaczej, kiedy Bóg nas nie wysłuchuje, egzamin, jak się to mówi, oblewamy mimo odprawionej przedtem nowenny, choroba trwa nadal i stan się pogarsza, przegrywamy proces, wtedy chwieje się nasza wiara i nasze zaufanie do Boga. Ludzie często się załamują w swojej wierze wskutek tego doświadczenia nie wysłuchanej modlitwy. Ale właśnie ta modlitwa może okazać się modlitwą najlepiej wysłuchaną przez Boga. Przez te doświadczenia nieudanej modlitwy możemy bowiem dojść do zrozumienia głębszej istoty modlitwy błagalnej. W naszym pojęciu o modlitwie musi się dokonać jakiś przewrót, bo kierunek oddziaływania musi być wręcz odwrotny do tego, który dosyć często przyjmujemy. Istotą modlitwy błagalnej nie jest bowiem chęć zmuszenia Boga do spełnienia naszej woli, ale – wprost przeciwnie – dążenie do tego, aby swoją wolę poddać słowu Bożemu, woli Bożej. W gruncie rzeczy wszelka modlitwa błagalna może mieć tylko jeden przedmiot: „Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi”. Uczono nas w katechizmie, że modlitwa musi posiadać przymiot zgadzania się z wolą Bożą, i że nasze prośby zostaną wysłuchane, jeśli to, o co prosimy będzie zgodne z wolą Bożą. Może to jednak pozostać tylko jako zewnętrzne stwierdzenie, a w rzeczywistości to zgadzanie się z wolą Bożą jest niechętne i pełne rezygnacji: „Niech się dzieje wola Boża, bo nie ma innej rady. Trzeba się w końcu z tym pogodzić”. A przecież chodzi o to, żebyśmy zrozumieli, że Bóg jeden wie, co jest dla nas dobre. Jedynym dobrem dla nas jest słowo Boże, w którym wyrażona jest wola Boża wobec nas. Nie możemy niczego lepszego znaleźć ani wymyślić w swoim życiu jak to, co jest zawarte w woli Bożej, skierowanej do nas w słowie Bożym. Cały wysiłek modlitwy musi więc iść w tym kierunku, żeby wewnętrznie poddać się woli Bożej, przyjąć ją. Nie pod przymusem czy z rezygnacją, ale z głębokim przekonaniem, że ta wola zawsze jest wyrazem miłości Boga, najlepszego Ojca.
    Modlitwa ma często charakter zmagania się, walki wewnętrznej. Nieraz długo musimy się zmagać ze sobą, zanim dojdziemy do tego momentu, kiedy wypowiemy swoje „fiat”, „niech mi się stanie”, zanim przyjmiemy postawę Chrystusa, modlącego się w Ogrójcu: „Jeżeli to możliwe, niech odejdzie ode Mnie ten kielich, ale nie jako Ja chcę, ale jako Ty chcesz niechaj się stanie”. Po tej walce wewnętrznej, kiedy zdobywamy się na wypowiedzenie „fiat”, „niech się stanie” wobec woli Ojca, nasze serce ogarnia głęboki pokój. Odchodzimy wtedy z modlitwy wzmocnieni, pocieszeni, uspokojeni wewnętrznie, bo znaleźliśmy prawdziwe dobro, jedyne dobro, które wyrażone jest w woli miłującego nas nade wszystko Ojca. Właśnie o takiej modlitwie mówi św. Paweł w Liście do Rzymian: Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. Duch Święty, który nas pobudza do modlitwy, przyczynia się za nami w tym znaczeniu, że chce nas nakłonić do pełnienia woli Bożej, chce nas usposobić do jej przyjęcia. Przyczynia się za nami, bo prowadzi nas do istotnego, jedynego dobra. Cechą modlitwy inspirowanej przez Ducha Świętego jest zmaganie się o przyjęcie woli Ojca, o poddanie swojej woli, swego życia wymaganiom słowa Bożego. To jest istotny sens modlitwy błagalnej. Taka modlitwa posiada obietnicę Chrystusa: „O cokolwiek prosić będziecie Ojca w imię Moje, da wam” (por. J 15, 16; 16, 23). Posiadamy obietnicę nieomylnego wysłuchania naszej modlitwy, ale jeżeli prosimy w imię Chrystusa. A prosić w imię Chrystusa to znaczy prosić w jedności z Nim, zgodnie z Jego intencją modlitwy. Zaś intencja Jego modlitwy zawsze odnosi się do przyjęcia woli Ojca. Modlić się przez Chrystusa, z Chrystusem, to znaczy tak się modlić, żeby z Nim wypowiadać swoje: „tak”, „niech mi się stanie według Twego słowa”, „nie moja, ale Twoja wola; nie jako ja chcę, ale jako Ty chcesz niechaj się stanie”.
    Modlić się to znaczy wejść w postawę Chrystusa wobec Ojca, w postawę pełnego poddania się woli Ojca, przyjęcia woli Ojca jako najwyższego dobra. Taka modlitwa nie jest niewolniczym uniżaniem się przed wszechmocą Boga. Nie dlatego przyjmujemy wolę Bożą, że inaczej być nie może, ale dlatego, że jest to wyraz naszej miłości wobec Boga. Modlitwa, o ile właśnie tak jest pojęta, staje się również aktem miłości. Miłość bowiem polega na tym, żeby odgadywać życzenia umiłowanej osoby, żeby przyjąć jej wolę jako swoją, żeby pragnąć tego, czego ona pragnie. Jeżeli nasza modlitwa wyraża się w dążeniu do przyjęcia woli Ojca, do jej poznania, do jej wypełnienia, to staje się aktem miłości, wyrazem miłości do Boga. Taka modlitwa nas uszlachetnia, w niej wyraża się nasza wielkość. Jesteśmy zdolni tak umiłować Boga, żeby przyjąć Jego wolę jako swoją, żeby swoją wolę przekreślić i poddać woli Ojca. Taka modlitwa jest wyrazem miłości. Nie jest ona jednak łatwa.
    Kiedy się modlimy, zawsze stajemy oko w oko z całą rzeczywistością naszego skażenia, egoizmu, samolubstwa. Idąc na modlitwę mamy wolę i pragnienie, żeby wyjść z siebie, zapomnieć o sobie i stanąć przed Bogiem, być do Jego dyspozycji. Kiedy jednak próbujemy się modlić, napotykamy przeszkody, roztargnienia w modlitwie. Czym są te roztargnienia? Ile razy zastanowimy się nad ich źródłem, zawsze stwierdzimy, że byliśmy zajęci sobą, że w jakiś sposób krążyliśmy wokół własnego „ja”, wobec urażonej dumy czy doznanej od kogoś przykrości, albo że wracamy do pewnych przyjemnych wspomnień: ktoś nas pochwalił, coś nam się stało, z zadowoleniem myślimy o sobie. Nasza myśl nieustannie ciąży ku nam samym. Wtedy jednak kończy się kontakt z Bogiem, bo nie możemy myśleć jednocześnie o Bogu i o sobie. Boga możemy wprowadzić do swojej świadomości tylko na tyle, na ile zapominamy o sobie. Kiedy zajmujemy się sobą, natychmiast zrywa się kontakt z Bogiem – dlatego trudno jest się modlić.
    Na naszą pociechę trzeba jednak powiedzieć, że kto próbuje się modlić i zwalczać roztargnienia, ten się modli, i bardzo dobrze się modli, chociażby cała modlitwa polegała tylko na ciągle na nowo podejmowanej próbie zwalczania roztargnień. To bowiem oznacza, że ciągle próbujemy odejść od siebie, od swego egoizmu, zapomnieć o sobie i zwrócić się ku Bogu – a to właśnie jest modlitwa. Modlitwa, która od początku do końca jest tylko próbą zwalczania swoich roztargnień czy jakiejś ociężałości, może być najlepszą modlitwą, jeśli w niej wytrwamy. Ciągle bowiem próbujemy dokonać tego zwrotu ku Bogu, co jest równoznaczne z odejściem od swojej pychy, od miłości własnej, od swego egoizmu. To jest modlitwa w Duchu. To jest to błaganie, połączone ze zmaganiem się ze sobą. Jeżeli będziemy wierni praktyce takiej modlitwy, poznamy po jakimś czasie, że ona nas przemienia. W modlitwie nie chodzi o to, że to czy owo uprosiliśmy. Dobra modlitwa zawiera w sobie wysłuchanie, bo nas przemienia, dzięki niej wzrasta w nas nowy człowiek, zbliżamy się do Boga. Czy może być inny, cenniejszy owoc modlitwy, jak właśnie ten, że dojrzewa w nas nowy człowiek, że jest w nas więcej miłości, że bardziej zbliżamy się do Boga? Taka modlitwa zawiera więc w sobie wysłuchanie, daje nam wzbogacenie wewnętrzne – dlatego musimy trwać w niej i nie ustępować w obliczu trudności.
    Musimy zbudować sobie Namiot Spotkania, codziennie poświęcić chociażby piętnaście minut na modlitwę. To jest niewiele, ale tak trudno nam znaleźć te piętnaście minut w ciągu dwudziestu czterech godzin, jakie ma każda doba, ciągle bowiem nasze własne sprawy wydają się ważniejsze. Nie potrafimy być do dyspozycji Boga, bezinteresownie poświęcić Mu chwili czasu, w której niby nic nie robimy, jak gdyby marnujemy czas, ale jest to ofiara czasu dla Boga. Jest to uznanie, że Bóg stanowi dla nas taką wartość, że warto dla Niego tracić czas. Jeżeli nie mamy czasu dla drugiego człowieka, jeżeli nie możemy znaleźć chwili, żeby spokojnie porozmawiać na przykład z własną żoną czy mężem o poważnych sprawach, bo ciągle jesteśmy zagonieni, to znaczy, że ta osoba nie jest dla nas wartością, że w gruncie rzeczy nie jest przez nas miłowana, nie jest uznana jako warta tego, żeby mieć dla niej czas, żeby być do jej dyspozycji. Samo więc trwanie przed Chrystusem jest już modlitwą.
    Nieraz wydaje nam się, że nie trwamy, że jesteśmy obojętni jak głaz. Nie potrafimy się skupić. Może tylko zwalczamy swoją senność i zmęczenie, ale jednak trwamy przed Bogiem, jesteśmy do Jego dyspozycji – a taka modlitwa nas przemienia. Wierność praktyce Namiotu Spotkania, czyli osobistej rozmowy z Bogiem, jest najlepszym, niezastąpionym środkiem rozwoju naszego życia wewnętrznego, rozwoju nowego człowieka w nas. Dlatego poddajmy się działaniu Ducha, pozwólmy, żeby On poprzez naszą wolę modlił się do Ojca, abyśmy coraz to bardziej żyli i działali zgodnie z wolą Ojca. Musimy uwierzyć, że Bóg współdziała z nami we wszystkim, i że wszystko, cokolwiek w życiu nas spotyka, a jest niezależne od naszej woli, zawsze jest wyrazem miłości Ojca, który przez wszystko potrafi nas doprowadzić do tego, co jedynie się liczy, do zjednoczenia z Nim przez miłość. Umiejmy Bogu zaufać wbrew wszelkim trudnościom i pozorom. Umiejmy wierzyć, że miłość Boga w końcu zwycięży, że wszystko zmierza do tego, żebyśmy bardziej zbliżyli się do Boga i zjednoczyli się z Nim przez miłość. Duch Święty nas do tego prowadzi i On realizuje to w nas przede wszystkim przez modlitwę. Przez modlitwę błagania i zmagania się. Przez modlitwę, która jest metanoią, czyli naszym zwróceniem się ku Bogu, a odwróceniem się od siebie. Przez modlitwę, w której wyraża się nasza miłość, i przez którą miłość się oczyszcza i doskonali.

    ks. Franciszek Blachnicki
    Konferencja wygłoszona 8 VIII 1973 r. w Krościenku, [w:]
    „Panie, naucz nas modlić się”, cz. 1, Instytut im. Ks. F. Blachnickiego,
    Krościenko 1999, s. 29-34.



    [...] Pierwszą bowiem i najważniejszą sprawą w modlitwie jest wyzbycie się własnej woli, zgodzenie się z tym, że to, co nasze, będzie przekreślone, a nie usiłowanie za wszelką cenę skłonić Boga do tego, żeby stał się uległy wobec naszych zamiarów, zamierzeń i planów. Nie jest to łatwe dla naszej natury. Jej skażenie bowiem polega głównie na tym, że chcemy realizować własne zamiary i plany, które pociągają za sobą decyzje i czyny. Żeby z tego zrezygnować, trzeba po prostu umrzeć dla siebie. To jest oczywiście niełatwe. Dlatego jest wiele w naszym życiu modlitw, które są tylko słowami czy myślami, ale nie łączy się z nimi doświadczenie mocy Boga w naszym życiu. Sytuacja wynikająca z naszej skażonej natury pokazuje, że ostatecznie modlitwa owocna, modlitwa, która objawia swoją moc w naszym życiu, musi być związana z krzyżem. Właściwie dopiero w doświadczeniu krzyża, kiedy zdobywamy się na pogodzenie się z wolą Bożą w cierpieniu, stajemy się zdolni do dobrej modlitwy. Kiedy cierpienie przekreśla naszą wolę, nasze pragnienia, nasze plany, kiedy stajemy w obliczu rzeczywistości, której nasza natura nie chce zaakceptować, w obliczu której nasza natura musi umrzeć, dopiero wtedy są dane warunki dobrej modlitwy. Wtedy już nie tylko słowami, ale egzystencjalnie musimy poddać się woli Bożej, rezygnując ze swoich własnych planów. Dlatego Bóg uczy nas dobrej modlitwy ostatecznie przez cierpienie, przez uczestnictwo w krzyżu swojego Syna, w umieraniu. Ostatecznie tylko umieranie jest dla nas szansą dobrej modlitwy, bo wtedy umieramy dla siebie i zaczynamy żyć dla Boga.
    Zwróćmy jeszcze uwagę na znaczenie modlitwy i na jej przemieniającą moc w odniesieniu do środowiska, w którym żyjemy i problemów, które powstają we współżyciu z innymi ludźmi. Codziennie powstają różne konflikty, zwłaszcza, jeżeli środowisko, w którym żyjemy jest jakieś przypadkowe, niejednolite i różni ludzie funkcjonują w nim na różnych zasadach. Są z nami, żyją, pracują z nami i różne napięcia czy konflikty wydają się nieuniknione. Pojawia się więc pytanie: „W jaki sposób przez modlitwę mamy rozwiązywać te konflikty?” Zwykle sięgamy do modlitwy w intencji tych ludzi, z którymi żyjemy. Polecamy Bogu różne problemy, które powstają. Ale i tutaj doświadczamy często jakiejś nieskuteczności, braku owocności naszej modlitwy. Konflikty powstają prawie zawsze na tym tle, że wobec innych ludzi mamy swoje zdanie i jesteśmy przekonani, że jest to zdanie słuszne: „Ja mam rację”. Pierwszą reakcją w kontakcie z drugim człowiekiem, w zetknięciu się z jego postawą, postępowaniem czy z jego oceną, jest z naszej strony osąd, który zawsze mówi: „On nie ma racji, ja mam rację”. Oczywiście ta postawa jest obustronna, dlatego nieunikniona jest kłótnia czy w inny sposób wyrażający się konflikt. Jeżeli w takich sytuacjach próbujemy najpierw przyjąć właściwą postawę modlitwy, to otwiera się nam droga do rozładowywania konfliktów i objawia się moc modlitwy.
    Dobra modlitwa w intencji drugiego człowieka polega najpierw na zrezygnowaniu ze swego sądu i na przyjęciu w jego miejsce osądu Boga. Modląc się w sprawach naszych bliźnich, podobnie jak w swoich sprawach osobistych, również rezygnujemy z własnego sądu i z własnych planów wobec tych ludzi. Zwykle bowiem osądzamy bliźniego za to, że nie postępuje tak, jak byśmy sobie tego życzyli, to znaczy, że nie poddaje się naszej woli, naszym planom, naszym koncepcjom czy wizjom w konkretnej sytuacji. Stąd powstaje w nas osąd, potępienie i odrzucenie drugiego człowieka. Gdybyśmy mieli w sobie permanentną postawę modlitwy, to pierwszym odruchem byłoby pytanie: „Czego chce Bóg od tego człowieka? Jak Bóg widzi jego i jego sytuację?”, a nie: „Jak ja tę sytuację oceniam według moich własnych zamiarów i planów?”. To równocześnie byłoby rozładowaniem konfliktu, bo przyjęlibyśmy postawę rezygnacji ze swego sądu i z własnych planów wobec drugiego człowieka, a w miejsce tego przyjęlibyśmy Boży sąd i Boże plany w stosunku do niego i w stosunku do nas. Pytalibyśmy: „Czego Bóg chce dla mnie przez to, że każe mi żyć z tym człowiekiem, że każe mi wejść w taką sytuację, w takie układy?” W nich zawsze zawarta jest wola Boża i dla tego człowieka, i dla nas. Dopiero, kiedy przyjmiemy taką postawę, możemy we właściwy sposób rozwiązać różne powstające konflikty czy napięcia.
    Druga sprawa to modlitwa za tego człowieka, czyli przyjęcie jego samego i jego problemów w obliczu Boga. Akt modlitwy jest równocześnie aktem przyjęcia drugiego człowieka, aktem otwarcia się na niego. Jego problemy stają się moimi problemami, jego cierpienia stają się moimi cierpieniami, jego troski stają się moimi troskami. Akt modlitwy w intencji drugiego człowieka w konkretnych jego kłopotach, problemach, jest pierwszym aktem miłości. Miłość bowiem jest przyjęciem drugiego człowieka i przejęciem się nim, jego troskami, problemami. Kiedy staję przed Bogiem z problemami i troskami drugiego człowieka, to równocześnie ta modlitwa mnie przemienia, bo sprawia we mnie postawę miłości, postawę odejścia od siebie i wejścia w sprawy drugiego człowieka. Tutaj objawia się ogromna moc modlitwy, która przemienia najpierw mnie, jako tego, który się modli, ale potem ta moc modlitwy okazuje się również w tym, że przemienia drugiego człowieka. Nigdy nie przemienimy drugiego człowieka przez osąd, przez potępienie, przez wydanie wyroku na niego, przez przeciwstawienie jego postawie, jego woli, jego poglądom – swoich własnych. Taka sytuacja tylko zaostrza konflikty, napięcie i do niczego nie prowadzi. Natomiast postawa modlitwy, która najpierw zmienia mnie wewnętrznie, sprawia, że przemienia się także drugi człowiek. W obliczu takiej postawy drugi człowiek też zaczyna się zmieniać. Zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście tylko on ma rację. Wtedy otwiera się droga do dialogu, do pojednania. [...].

    ks. Franciszek Blachnicki
    Fragmenty konferencji wygłoszonej 31 I 1987 r. w Carlsbergu, [w:] „Panie, naucz nas
    modlić się”, cz. 1, Instytut im. Ks. F. Blachnickiego, Krościenko 1999, s. 41-43.



    Wśród podstawowych pokarmów życia chrześcijańskiego modlitwa, szczególnie w formie rozmyślania, jawi się nam jako pokarm najbardziej fundamentalny przez to, że ułatwia naszemu organizmowi przyjęcie pozostałych pokarmów duchowych. Takie było przekonanie Ojca Caffarela. Stąd wynika jego zajmowanie się tym tematem. W artykule „Jedna dziewięćdziesiąta szósta” z listopada 1952 r. Ojciec Caffarel ukazuje swoim czytelnikom skalę składającą się z 96 kresek.
    Zobaczcie tę skalę: jest na niej 96 kwadransów, z których składa się doba. Policzcie z lewej strony ilość godzin, które rezerwujecie sobie na sen i zróbcie linię pionową. Następnie policzcie ilość godzin pracy zawodowej lub domowej – zaznaczcie drugą linię. Dalej będą godziny posiłków, czas przemieszczania się, lektura prasy itd. Na końcu z prawej strony pozostanie czas, który poświęcacie na modlitwę. I porównajcie. Powiecie mi: „Nic tak nie zwodzi, jak tego typu kalkulacja”. Zobaczyliście jednak rzeczywistość, która nie powinna tak wyglądać. Modlitwa nie jest sprawą czasu. Bardziej jest to sprawa miłości: to, że spędzam 10 godzin każdego dnia w pracy i tak mało czasu rozmawiam z moją żoną, moimi dziećmi, nie oznacza, że ich nie kocham, czy kocham ich mniej, niż moje biuro. Miłość nie jest sprawą czasu!
    Wiedzieć! Jak często miłość małżeńska, uczucia między rodzicami i dziećmi wyraźnie słabną, ponieważ zaniedbuje się ich podtrzymywanie i pogłębianie! Nasza miłość ludzka wymaga spotkań, rozmów, wzajemnego dzielenia się sobą, momentów bycia serce przy sercu. To jest niezbędne do życia. Podobnie jest z miłością Bożą. Ona ginie w duszy chrześcijanina, który nie dba każdego dnia o chwile spotkania ze swoim Panem, chwile dialogu, bliskości, tzn. modlitwy. To nie jest mniej niezbędne do życia! A gdy ktoś mi odpowie: „Ojciec chce, żebym znalazł czas na modlitwę, ale kiedy?”, wprawia mnie w zakłopotanie... Nie zrozumiał bowiem znaczenia modlitwy dla zachowania życia religijnego. Czy matka licznej rodziny cierpiąca na ciężką anemię odpowie lekarzowi: „Pan chce, abym znalazła czas na jedzenie (z ósemką dzieci i z wszystkim, co się z tym wiąże: smoczki, pieluchy do prania, kąpiel małych dzieci, pomoc w tłumaczeniu z języka łacińskiego starszym...)?” Cały problem tkwi w tym, by wiedzieć, czy jedzenie jest niezbędne. Cały problem tkwi w tym, by wiedzieć, czy modlitwa jest niezbędna.
    Przede wszystkim jest to być może nasz błąd, nas – kapłanów, że chrześcijanie nie wierzą w wartość modlitwy. Czy wystarczająco uprzedzamy ich o grożącej im anemii duchowej? Gdy przychodzą się spowiadać: z lenistwa, pychy, nieczystości, przynaglamy ich do czynienia wysiłku, aby nie wracali do poprzedniego stanu. Zaniedbujemy jednak zwracanie im uwagi na przyczynę. Dlatego też chwile słabości mogą wkrótce znowu doprowadzić ich do silnego zranienia. Czy podpowiadamy im środek, który sam pozwoli zdobyć żywotność duchową, czyli odporność na niebezpieczeństwa zewnętrzne i wewnętrzne? Czy wskazujemy na modlitwę? A czyż największą pomocą nie jest Eucharystia? Powiecie: „Bez wątpienia”. Eucharystia jednak w duszy, która się nie modli, jest nasieniem w ziemi nie uprawianej, nie może więc rodzić owoców.
    Sądzę, że mogę śmiało powiedzieć po dwudziestu latach kapłaństwa: chrześcijanin, który nie poświęca każdego dnia od 10 do 15 minut (kwadrans – jest to właśnie ta 96. część dnia!) tej formie modlitwy, którą nazywamy rozmyślaniem lub medytacją, pozostaje wciąż infantylny lub – gorzej – niszczeje. Dozna ciężkich kryzysów, z których nie wyjdzie obronną ręką, z których być może długo nie wyjdzie.
    Nie rozwodząc się więcej nad negatywnym aspektem tego problemu, wolę zakończyć swoją refleksję wspominając te kobiety i tych mężczyzn, których dobrze znam, nie mniej obarczonych dziećmi, nie mniej obciążonych pracą zawodową i domową niż inni, a których życie chrześcijańskie pogłębia się, rozwija, promieniuje, ponieważ modlitwa jest ich pokarmem codziennym. Zrozumieli oni, że jest to niezbędne do życia. Tym żyją.

    ks. Henri Caffarel
    „List miesięczny”, listopad 1952 r., [w:] „Remplissez d’eau ces jarres. Textes du Pere Caffarel”
    („Napełnijcie stągwie wodą. Teksty Ojca Caffarela”), Paryż 1998, s. 21-29.
    (z jęz. francuskiego tłumaczyła Elżbieta Kozyra)



    © 2001-2013 Centralna Diakonia DK